wtorek, 5 lipca 2016

M: Szczęście chodzi parami


Tęskniliście? :3                                                                                                                   Okej, może skończyłam Łanię już jakiś czas temu, ale wcale nie znaczy to, że nie pamiętam o rocznicy. Mianowicie dokładnie rok i miesiąc temu założyłam tego bloga, zupełnie nie spodziewając się, że ktokolwiek go polubi i będzie wchodził. (Nadal Was serduszkuję za te wszystkie wejścia i komcie, chociaż minęło, bagatela, pół roku <3). Okej, zaliczyłam miesięczny poślizg, ale mam nadzieję, że Was to nie zrazi. Hm. W każdym razie to, co za chwilę przeczytacie (albo i nie), miało być tutaj epilogiem, ale potem wymyśliłam taką Łanię w błękicie i przestało pasować. Pomyślałam sobie jednak jakiś czas temu, że w sumie fajnie byłoby jakoś uczcić ten rok, więc wrzucam w formie miniaturki, bo czemu by nie? A że nie jestem z niej do końca zadowolona, to już zupełnie inna sprawa. Myślę, że raz do roku będę o sobie przypominać i coś tutaj rocznicowego wrzucać. No chyba że nie chcecie, to już inna sprawa. A gdyby ktoś bardzo za mną tęsknił i chciał pogadać o Łani czy innych bzdurach, zapraszam na maila (katja.amarensis@gmail.com), dostępna zarówno w ciągu dnia, jak i w nocy (głównie wtedy, gdy romansuję z książkami od biologii), czy napiszecie dzisiaj, czy za kilka dni, czy miesiąc. No. Więc jak zwykle się z Wami nie żegnam, tylko mówię do zobaczenia i usłyszenia. :>

– Dorcas, widziałaś gdzieś Lily?
– Na Merlina, skąd mam wiedzieć, gdzie ona jest, nie jestem jej niańką – zirytowała się dziewczyna. Usiłowała doprowadzić swoją fryzurę do porządku, lecz wyraźnie jej to nie wychodziło – stąd się brała jej złość.
– Lily mówiła, że zaraz przyjdzie, tylko musi skoczyć po kartki do przemówienia, bo zostawiła je w dormitorium – wyjaśnił Syriusz, pojawiając się tuż obok swojego najlepszego przyjaciela oraz swojej dziewczyny. – Pomóc ci, kochanie?
– Dzięki. – James z ulgą opadł na ławę; nie sprawiło to jednak, że jego stres się zmniejszył.
– Nie martw się, Rogaczu, poradzisz sobie – pocieszył go siedzący obok Remus. Podobnie jak James i Syriusz miał na sobie odświętną szatę z naszywką Gryffindoru oraz krawat.
– Taaaa – odmruknął, nerwowo poprawiając kołnierzyk.
– Co, brachu, stres pożera? – Syriusz, siadając, z rozmachem walnął przyjaciela w plecy. – Nie wymiękaj.
– Nie wymiękam.
– Oto James, jakiego znam!
Roześmiali się wszyscy.
– Moi drodzy! – Dumbledore wstał ze swojego miejsca przy stole nauczycielskim i podszedł do mównicy. Wszystkie rozmowy jak na komendę ucichły, uczniowie patrzyli na niego z uwagą. – Nadszedł ten dzień, który oznacza koniec. Niektórzy z was wrócą do Hogwartu za dwa miesiące, żeby kontynuować naukę, niektórzy jednak opuszczają te mury już na zawsze. Zanim jednak przejdziemy do łzawych pożegnań i innych takich, zajmijmy się pucharem domów. Myślę, że doskonale wiecie, kto jest zwycięzcą, więc nie będę przeciągał.
Klasnął w dłonie i natychmiast Wielka Sala została przyozdobiona barwami Gryffindoru. Za stołem nauczycielskim zawisła wielka chorągiew z poruszającym się lwem, który zaryczał dumnie. Razem z jego rykiem rozległy się oklaski i gwizdy – swoją radość w szczególności wyrażali Gryfoni. Nawet profesor McGonagall wyglądała na wzruszoną.
– No dobrze… Świętować, to znaczy ucztować, będziemy później. Najpierw może posłuchajmy przemówienia tegorocznego prefekta Hogwartu, Lily Evans!
Dumbledore zaczął klaskać jako pierwszy, w jego ślady szybko poszli inni uczniowie. James poczuł ukłucie niepokoju; nigdzie nie dostrzegł Lily, nawet nie wiedział, czy dotarła do Sali. W tej samej sekundzie jednak otworzyły się drzwi i wbiegła ruda osóbka we własnej osobie. Zamachała trzymanymi w dłoni papierami i dotarła do mównicy, prawie się przewracając po drodze. Nikt jednak nie śmiał tego skomentować.
Odetchnęła, uspokajając się, wreszcie się odezwała:
– Wybaczcie mi moje wielkie wejście, zaspałam i zapomniałam jeszcze zabrać ze sobą tekst tego przemówienia… Za bardzo się zestresowałam – zaśmiała się, rozbawiając tym samym część sali. – Dobrze, zachowajmy jednak powagę. Miałam czytać ten tekst z kartek… Ale to jednak nie to. – Wzięła głęboki oddech, podnosząc wzrok znad mównicy i patrząc prosto na siedzących przy stołach uczniów. – Drodzy siódmoklasiści! Oto stoimy tutaj, na progu szkoły, w której spędziliśmy cudowne siedem lat. Myślę, że większość z nas oprócz mydeł, krzeseł i innych podobnych przedmiotów wyniesie stąd dużo wiedzy oraz, przede wszystkim, cudowne wspomnienia. Myślę, że nie ma osoby, która by nie mogła powiedzieć, że się nie bawiła podczas swojego pobytu tutaj. Owszem, było ciężko. Owszem, czasami nie mogliśmy spać. Owszem, czasami przepłakaliśmy całe noce. Owszem, nadchodzą ciężkie czasy. Ale musimy pamiętać, że przecież wciąż jesteśmy młodzi! Jesteśmy zjednoczeni! I dopóki pozostaniemy razem, nic i nikt nas nie pokona!
Uniosła w górę zaciśniętą rękę w geście triumfu.
Uczniowie Hogwartu w milczeniu wstali ze swoich miejsc i powtórzyli ten gest – wszyscy unieśli do góry ręce. Młodzi. Zjednoczeni.
Z kolei niektórzy członkowie grona pedagogicznego nie mogli ukryć wzruszenia; dawno nie zdarzyło się tak piękne pożegnanie. Zakończenia roku dla siódmoklasistów bywały łzawe, lecz taka kolej rzeczy; dotychczas jednak żadne nie było aż tak zapadające w pamięć. Może dlatego, że w szeregach tych młodych ludzi stali naprawdę uzdolnieni i wyjątkowi ludzie, których siła miała ogromne znaczenie i naprawdę mogła ocalić świat. Ludzie, których decyzje mogły zadecydować o istnieniu czarodziejskiej społeczności.
Lily Evans.
James Potter.
Dorcas Meadowes.
Syriusz Black.
Remus Lupin.
Alice Bloomweg.
Frank Longbottom.
Peter Pettigrew.
Severus Snape.
Wyjątkowi czarodzieje.
Lily schodziła z mównicy z towarzyszącymi jej brawami i wiwatami, którym nie było końca. Śmiała się, jednocześnie płacząc. Nadal nie docierało do niej, że to już naprawdę koniec, że już do Hogwartu nie wróci jako uczennica…
– Przepraszam, chciałbym coś powiedzieć.
Stanęła w miejscu, po czym odwróciła się w stronę mównicy, słysząc znajomy głos. Cała sala zamarła, w napięciu oczekując na kolejne słowa Jamesa Pottera, który nie wiadomo kiedy, wykorzystując zamieszanie, znalazł się przed stołem nauczycielskim.
– Wiem, że to może nie jest czas na to, lecz jednak jeśli nie teraz, to kiedy? Przynajmniej dopóki jesteśmy młodzi… – Uśmiechnął się blado. – Lily Evans. Kocham cię nad życie i chcę z tobą spędzić całą wieczność. Wyjdziesz za mnie?
Lily stała jak oniemiała, ściskając w objęciach papiery i patrząc, jak były Gryfon podchodzi bliżej i klęka tuż przed nią, wyciągając pierścionek. Czuła na sobie spojrzenia wszystkich żywych i nieżywych w Hogwarcie. Wzruszenie ścisnęło jej gardło, nie mogła wydobyć z siebie słowa. Patrzyła jednak w tak ukochane oczy, oczy, w których widniała ogromna miłość. I nie mogła odpowiedzieć inaczej.
– TAK. Po stokroć tak!
Wiwatom nie było końca.
Nikt by się nie spodziewał, że łania w końcu przestanie uciekać. Początek wcale tego nie zapowiadał. Uciekała jednak trasą tak kolistą, że wreszcie wpadła na jelenia. Być może zrobiła to celowo, być może podświadomie. Ważne jednak, że dała się złapać, bo naprawdę go kochała.



1 komentarz:

  1. Świetna miniaturka!
    Szczerze, nie spodziewałam się tych oświadczyn... Bardzo słodkie! (Nie lubię używać tego słowa w tym kontekście, ale tutaj musiałam! xD)
    Pozdrawiam i życzę weny! ;)
    ~Arya

    OdpowiedzUsuń

Czarodzieje