sobota, 16 stycznia 2016

18. Będziemy wisieć



– Duchy nie mają prawa mówić, prawda?
Glizdogon stanął ze splecionymi z tyłu rękami, spoglądając na olbrzymi obraz wiszący na ścianie. Potrzebował chwili spokoju, a Pokój Życzeń zaoferował mu właśnie tę komnatę, która za sprawą portretu Annabeth stała się jego prywatną świątynią wraz z panującym nad nią bóstwem.
– Jak to w ogóle możliwe, co? – spytał powątpiewająco, nie mogąc oderwać wzroku od dziewczyny w pięknej, białej sukience. Ona też na niego patrzyła smutno, nie odzywając się. – Jak to możliwe, że byłaś materialna? Jak to możliwe, że się w tobie zakochałem?
Nie komentowała. Patrzyła.
– To głupie.
Szczur zacisnął dłonie w pięści.
– Mogłabyś się chociaż odezwać. Wytłumaczyć się. Nie wiem, powiedz cokolwiek. Powiedz, że to miało sens.
– Nie miało.
Gdy tylko się odezwała, poczuł, że na jego szyi zaciska się pętla. Spróbował przełknąć ślinę, lecz miał zbyt sucho w gardle. Sznur zaciskał się coraz mocniej.
– To dlatego…
– Peter – weszła mu w słowo. – Proszę, nie pytaj. Nie odpowiem ci. Nikt ci nie odpowie. To nie miało prawa się wydarzyć. Muszę zniknąć.
– Nie zobaczę cię już? – spytał z rozpaczą. Upadł na kolana.
– Nie.
– Bła… błagam, nie odchodź! Zatrzymaj się proszę nie odchodź błagam nie nie nie…
Było już jednak za późno, jęki nic nie dały. Primadonna odeszła, zostawiając pustą scenę, namalowany przez kogoś korytarz, zniknęła, przepadła.
Szczur się dusił.
Będziemy wisieć.
Z miłości.
Jakie to głupie.


Severus najchętniej by w ogóle nie wracał po świętach do Hogwartu. Wolałby zostać z matką, która po ostatnim ataku nadal dochodziła do siebie. Uzdrowiciele przywrócili jej przytomność i pamięć, jednakże kobieta wciąż nie chciała nic mówić o tym, co się wydarzyło i dlaczego znalazła się w takim stanie.
Ślizgon tym silniej odczuwał chęć jej ochrony. Jako słaby szóstoklasista nie mógł zrobić nic, żeby zapobiec atakowi, zresztą znajdował się zbyt daleko od rodzinnego domu – musiałby chyba uciec z Hogwartu, żeby móc stale czuwać przy matce.
Jedyne pewne rozwiązanie stanowiło przyłączenie się do Lorda Voldemorta, wciąż rosnącego w siłę i zdobywającego popleczników, oraz studiowanie czarnej magii. Severus był pewien, że Lord zapewni mu wszystko, czego będzie potrzebował, da wszystko, o cokolwiek poprosi – w zamian za wierną służbę. Czarna magia dawała siłę. Dawała potęgę. I pozwalała chronić bliskich. Severus bardzo nie chciał, żeby jego matce stała się jakakolwiek krzywda. Nie mógł jej stracić, nie po tym, jak stracił Lily. W jego sercu wciąż ziała paląca rana, nie zarastała, nie goiła się. Nie istniał balsam, który mógłby ją wyleczyć, nie istniało zaklęcie, które byłoby w stanie ją zasklepić.
Rany jego duszy były nieuleczalne. Nie przeminą z czasem, nie zagoją się do wesela, nie dadzą o sobie zapomnieć aż do końca życia.
To jak powolna agonia, stopniowe odcinanie powietrza, gdy sznur zaciska się na szyi i wreszcie przynosi ukojenie, słodkie zapomnienie.
Będziemy wisieć.


Miał wrażenie, że wszyscy wokół niego zwariowali. Z irytacją zamknął podręcznik i wyszedł z pokoju wspólnego. Minął po drodze wyglądającego na zdołowanego Szczura, przelazł wreszcie przez dziurę z portretem. Gruba Dama przysypiała, niechętnie machnęła na niego ręką, pozwalając przejść.
Stwierdził, że od tych wszystkich miłosnych problemów innych Gryfonów może uciec tylko nad jezioro. Miał nadzieję, że chociaż tam znajdzie upragnioną chwilkę spokoju, ale chyba jednak o zbyt wiele prosił – dostrzegł pod drzewem Franka Longbottoma i Alice Bloomweg. Zrezygnowany chciał już wracać do Hogwartu, do biblioteki – książka trzymana pod pachą dawała o sobie znać – lecz jego wzrok powędrował w kierunku chatki Hagrida. Remus uznał, że to genialny pomysł; dawno nie rozmawiał z gajowym.
Dostrzegł potężnie zbudowanego mężczyznę przy grządkach. Tuż obok płotu spokojnie drzemał Kieł. Na widok Lupina obnażył zęby, nie poruszył się jednak. Znał jego zapach, wiedział, że to nie obcy, a swój, zresztą woń płynąca od chłopaka miała psi posmak. Wilczy. W każdym razie znajomy.
– Remusie! Dawno cię tu nie widzielim. Co cię sprowadza tutaj? W porządeczku wszystko?
Hagrid, zauważywszy przybysza, wyprostował się. Miał ręce uwalone ziemią, najwyraźniej wyrywał chwasty lub robił coś dziwnego, o co nawet lepiej nie pytać.
– Bywało lepiej. – Remus skrzywił się, jakby zjadł cytrynę. Poprawił uchwyt na książce. – Wszyscy moi przyjaciele poszaleli.
– To taka pora. Nadchodzi pełnia – stwierdził gajowy, patrząc na zachmurzone niebo. –Ale nie będzie widać księżyca. To niezbyt dobry czas. Wpadniesz na herbatkę?
Remus zgodził się natychmiast, więc obaj powędrowali do chaty. Zaszumiał czajnik, brzęknęły stawiane na stole kubki. Siadając na ławie, Lunatyk pomyślał, że w gruncie rzeczy zawsze się tutaj czuł swojsko, ciepło. Nie przeszkadzało to, że wszystko miało rozmiary jak dla olbrzymów, ani to, że melasa w ciasteczkach sklejała podniebienie. Chodziło o atmosferę tego miejsca, wrażenie, że zawsze można się tu schronić przed problemami, uciec od zła tego świata – tak jak to robił teraz. I już nawet zapomniał, że jutro pełnia, że znowu zamieni się w bezrozumne zwierzę, że znowu będzie cierpiał, że znowu będzie sam, a wszyscy wokół wrócą do swoich problemów i go zamęczą. Po prostu pił herbatę, zajadał się ciasteczkami i o niczym nie myślał, nie pamiętał, że jutro też będzie wisiał, choć nie z miłości.



Lily wyrzuciła wszystkie prezenty od wielbiciela do kosza, po czym go podpaliła jednym machnięciem różdżki. Beznamiętnie obserwowała, jak do góry unosi się ciężki, szary dym, jakby razem z tymi rzeczami płonęło jej serce.
Na stos z nim. Niech też spłonie, niech się przepali na popiół i powstanie nowe, zupełnie jak feniks, ten sam, który siedział w gabinecie Dumbledore’a. Fawkes.
Ogień nie dawał ciepła. Nawet nie parzył. Szybko się wypalił, zostawiając szczątki przedmiotów, teraz już ledwo rozpoznawalnych. Lily przez chwilę zastanawiała się, co z tymi nieszczęsnymi resztkami zrobić, potem przypomniała sobie, że ma różdżkę. Wyczyściła kosz zaklęciem.
Usiadła ciężko na łóżku i się rozpłakała, zrozpaczona, zupełnie bezradna, ze złamanym sercem, wściekła. Na siebie. Na Jamesa. Na Camille. O to, że wszystko poszło nie tak. Że w jednej chwili całe życie się zawaliło jak domek z kart.
Sama była sobie winna.
Głupia.
Nie powinna się dziwić Jamesowi – ale jednak to bolało. Nie mogła znieść jego widoku. Wspomnienie z Sylwestra pozostawało wciąż żywe i niechciane powracało. Męczyło.
Przetarła oczy, dochodząc do wniosku, że powinna wyjść z pokoju. Dusiła się, choć nie była to kwestia powietrza.
Był wieczór, dochodziła godzina, kiedy wszyscy uczniowie powinni znajdować się już we własnych domach, w dormitoriach. Z tego powodu na korytarzach zostali już tylko nieliczni, chyłkiem przekradający się obok, nie chcąc podpaść strasznej pani prefekt.
Ona jednak nawet nie zwracała na nich uwagi, po prostu szła, obojętna, pogrążona we własnych myślach. Nie zwracała uwagi na drogę, pozwoliła się nieść własnym nogom. Nie zauważyła przemykających obok cieni. Zdziwiła się, kiedy zorientowała się, że stoi tuż pod ścianą prowadzącą do Pokoju Życzeń.
Wzruszyła ramionami, decydując, że skoro już tu jest, może równie dobrze wejść do środka. Przeszła pod ścianą trzy razy, pragnąc azylu, spokojnego miejsca. Szybko pojawiły się drzwi, więc pociągnęła za klamkę. Niemalże natychmiast jej gardło się ścisnęło.
– James?
Będziemy wisieć.



– To na pewno był dobry pomysł? – zwątpiła Dorcas, opierając się o kolumnę. Syriusz wyszczerzył się do niej.
– A masz inny?
– Nie, ale… – Zmarszczyła czoło, usiłując zebrać myśli. Obecność Blacka działała na nią zbyt rozpraszająco. – Sam wiesz, jak Lily wygląda. Naprawdę nie wiem, czy pomysł, żeby teraz przebywali w jednym pomieszczeniu, jest taki dobry. W ogóle cały ten plan jest do dupy, wiesz?
Popatrzyła z wyrzutem na swojego towarzysza.
– Hej, to nie ja wymyśliłem, żeby mu podstawić Camille! Przyznaję, to z tym tajemniczym wielbicielem a mu podsunąłem, ale Camille… Nie moja wina, że Evans się załamała, zamiast z nim pogadać.
– I dlatego ich na siebie teraz napuściłeś? – syknęła Dorcas.
– Tak, dlatego – odparł spokojnie.
– Przecież oboje to chodzące bomby zegarowe… – Widząc nierozumiejący wzrok Syriusza, dodała: – Nieważne, Lily tak mówi. Przecież oni się pozabijają. James chodzi rozdrażniony i wściekły, Lily załamana… Brawo, geniuszu.
Stoicka postawa Syriusza działała jej na nerwy.
– Nie zabiją się.
– Skąd ta pewność?
– Pomyśl, to nie jest trudne.
– Black, nawet mnie nie denerwuj. – Przewróciła oczami. – Nie mam nastroju na twoje gierki.
– Meadowes, to naprawdę jest proste. – Teraz to on przewrócił oczami. – Kochają się, tak? Camille, przekupiona przez nas, po prostu go pocałowała, tak? I o to cała afera, tak? No to wystarczy, że James wszystko wyjaśni. Dlatego teraz tam siedzą. – Wskazał ścianę, na której ukazywały się drzwi Pokoju Życzeń.
– Black… To może nie wystarczyć… Lily…
– Zaufaj mi, proszę. – Stanął przed nią. – Po prostu mi zaufaj. Będzie dobrze, naprawdę.
– Na pewno?
Stał tak blisko, że mogłaby policzyć plamki na jego tęczówkach.
– Tak. Poradzą sobie. To duże dzieci. Nie mają czterech lat.
Stał stanowczo zbyt blisko.
– Wiem, ale i tak się martwię…
– Nie ma czym.
Zanim w ogóle zdążyła zaprotestować, Syriusz ją pocałował, sprawiając tym, że wszystkie myśli uleciały jej z głowy.



– Frank?
– Hmm?
Niechętnie odsunął się, by móc spojrzeć na jej twarz.
– Myślałeś o tym, jakby to było założyć rodzinę? – Alice wystawiła twarz w kierunku zachodzącego słońca, którego ostatnie promienie muskały powierzchnię jeziora.
– Czy to była sugestia? – roześmiał się. Ujął w palce kosmyk jej pięknych, jasnych włosów; przez chwilę się nim bawił.
– Pytam poważnie.
Spojrzała na niego. Kosmyk wysunął mu się z ręki.
– Nie wiem, nigdy o tym nie myślałem – przyznał. – Chyba chciałbym mieć syna. Chciałbym, żeby miał twoje oczy.
Uśmiechnęła się.
– A włosy twoje. Mają piękny kolor.
– No wiesz co, włosy to nie jest najważniejsza część faceta! – obruszył się, jednak zaraz potem ponownie się roześmiał.
– A co jest najważniejszą?
Przesiadła się na jego kolana, by móc objąć go nogami w pasie i do niego przylgnąć. W jego ramionach czuła się bezpieczna. Szczęśliwa.
– Hmm… – zastanowił się. – Dusza?
– Takiej odpowiedzi się nie spodziewałam! – Żartobliwie szturchnęła go w ramię. – Jakie imię byś mu dał?
– Synowi?
– Mhm.
– Nie wiem… A jakie ty byś mu dała?
– Neville.
– Neville?
– Tak.
– Ładnie. A gdyby to była córka?
– Ana. Chyba że proponujesz coś innego.
– Chyba nie mam głowy do wymyślania imion.
Uśmiechnął się, obejmując Alice mocniej. Pocałował ją najpierw w czoło, potem w piegowaty nos i wreszcie w usta. Oddała pieszczoty z pasją, tak, że przewróciła Franka na plecy. Nie przeszkadzało mu nawet to, że tym samym uwalił całą koszulkę ziemią. Nic nie miało znaczenia, dopóki był ze swoim szczęściem o imieniu Alice.
Jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało, z miłości do niej mógłby się nawet powiesić.

5 komentarzy:

  1. Hej.
    Kurczaki, naprawdę niewiele rozumiem z tej całej sytuacji z duchem/obrazem. Wydaje mi się, że nawet Peter bardziej się w tym wszystkim orientuje niż ja :p O co chodzi z tym, że musiała odejść i gdzie? Jakie wiszenie? Chyba moje synapsy nie działają.
    To ciekawe, że w Twoim opowiadaniu to właśnie troska o matkę popchnęła Severusa do przyłączenia się do Voldemorta. To dobry powód jak każdy inny, chociaż daje Snape'owi dodatkowy wymiar, czyni go jeszcze bardziej godnym współczucia.
    Jeju, niech ktoś zabronić knuć Syriuszowi, bo kompletnie się do tego nie nadaje. Nie wiem, dlaczego Dorcas zgodziła się z nim, że przekupywanie Camille to był dobry pomysł... Bo to był idiotyczny pomysł. No, ale trochę się zrehabilitował, całując Dorcas, to było słodkie :) Wreszcie jakiś pozytyw w tym smutnym rozdziale.
    Końcówka też była urocza, ale trudno nie myśleć o tym, że Alice i Frankowi zostało tak mało czasu, żeby się sobą nacieszyć... :(
    Z pozdrowieniami
    Eskaryna

    OdpowiedzUsuń
  2. Sprawa z Peterem dość dziwna. Czyżby ten duch tęż się w nim zakochał? no i niby czemu nie mógł mówić? bezgłowny Nick mowi, Irytek mówi... trochę nie ogarnęłam tego fragmentu, jakoś zamotałaś mam wrażenie.
    Jeśli chodzi o resztę - nie wiem, dlaczego Snape uwaza, że Czarny Pan zadba o jego matkę, przecież on ma takie sprawy godzieś... Ech, szkoda, że Severus tego nie widzi...
    Łapa i Dorcas to mój ulubiony fragment tego rozdziału i jestem przekonana, że celowo nie napisałaś tylko przy tym fragmencie o wiszeniu (swoją drogą naprawdę świetny pomysł, znów wykorzystujesz zabieg "opowiadanie w opowiadaniu", to naprawdę genialne). MAm nadzieję, że coś z tego wyjdzie! NO i tak jak się spodziewałam, to ich sprawka, że Camille pocałowała Jamesa. Mam nadzieję, że w PŻ Lily i James sobie wszystko wyjaśnią, choć pewnie to marzenia ściętej głowy... Remus zagubiony, niech biedakowi ktoś pomoże!!! No i cieszę się szczęściem Alicji i Franka, ale mi się aż serce kraje, kiedy pomyslę, co ich czeka z rąk Bellatriks... Boże!!! Zapraszam na świeżutko dodaną nowość na zapiski-condawiramurs... Jestem ciekawa Twojej opinii:*

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej, hej ;) Och kurczę, poleciałaś z czasem, dopiero był Sylwester a już Hagrid grzebie się w grządkach? Chyba do tej pory wyjaśniłaby się sytuacja pomiędzy Lily a Jamesem ;P
    Taki wisielczy ten rozdział, trochę trąci samobójczo ;P Dobrze, że wisielcza wzmianka nie pojawiła się przy Syriuszu i Dorcas chociaż podejrzewam, że o ile w ogóle zakończy się to ich związkiem, to będzie on bardzo burzliwy i pełen darcia kotów ;P Niemniej to urocze, zawsze mi do siebie pasowali ;P
    Ach ta Lily, sama nie weźmie i nikomu nie da ;P Chociaż knowania Dorcas i Syriusza nie były zbyt wspaniałomyślne, to chyba dały Lily nauczkę i w końcu przestawią ją na odpowiedni tor działania ;) Bolało, ale będzie warto ;P
    Co do Petera, trochę jestem zawiedziona. Dlaczego ona odeszła? Liczyłam chyba na jakąś większą, bardziej skomplikowaną akcję, a chyba nie ma co się łudzić, że jeszcze wróci. Peter to jednak miał przesrane życie xD

    Weny i huncwotów ;)

    niecnimarudersi.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej. Świetny blog, masz rękę do pisania. Opowiadania są bardzo wciągające.
    Nie mogę doczekać się następnego rozdziału. Aż mnie skręca z ciekawości co się wydarzy. Może Anabeth wróci? Czekam na ocieplenie stosunków na lini Dorcas-Syriusz. Mam nadzieję że Lily i James w końcu się pogodzą i będą razem :D.

    Życzę weny i dalszych równie świetnych rozdziałów.
    ~/~

    OdpowiedzUsuń
  5. Właśnie trafiłam na bloga, przeczytałam wszystkie rozdziały! Co ja mogę powiedzieć... Genialny!
    Pozdrawiam i życzę weny, bo piszesz genialnie!

    OdpowiedzUsuń

Czarodzieje