sobota, 19 grudnia 2015

15. Duchy, które prześladują

W lochach było strasznie zimno i nawet przyzwyczajeni do atmosfery dolnej części zamku Ślizgoni to odczuwali. Na całe szczęście jednak w pokoju wspólnym panowała znacznie przyjemniejsza temperatura – za sprawą trzaskającego w kominku ognia. Severus Snape i tak nie znosił tego pokoju, przypominał mu on bowiem o wszystkim, czego w sobie nienawidził i przez co nie mógł być z ukochaną Lily. Zielonkawe lampy, zielonkawe ściany – tak bardzo kojarzące się ze Slytherinem. Bogato zdobione stoły, krzesła, nawet kominek – to oznaczało dla niego zamiłowanie do przepychu, docenianie arystokratycznego pochodzenia i czystej krwi, a także nienawiść do szlam czy przekonanie o wyższości Ślizgonów nad mieszkańcami innych domów. Wreszcie natychmiast przychodziła mu na myśl wewnętrzna pusta, której nic nie potrafiło wypełnić.
Jednocześnie wiedział, że nie potrafi tego zmienić. Musiałby chyba podstawić sobie całkiem inną osobowość. Szczerze mówiąc, znacznie bliżej mu było do Ślizgonów niż do Gryfonów, nawet jeśli wybierał tchórzostwo, samotność, nawet jeśli brzydził się samym sobą.
Chociaż nienawidził tego pokoju, przebywał w nim praktycznie ciągle. Wiedział, że się w ten sposób torturuje, ale zasłużył na to. Podobnie jak na znoszenie widoku Lily z tym Potterem.
Przejechał dłonią po czarnej grzywce, po raz kolejny czytając to samo zdanie w książce do transmutacji. Już dawno powinien to skończyć i wziąć się za wypracowanie dla McGonagall, ale obecnie wyjątkowo nie potrafił się skupić. Większość jego dni przypominała piekło, lecz dzisiaj było sto razy gorzej. Nie, wcale nie dlatego, żeby Potter czy Black znowu rzucili na niego klątwę, bo tego nie zrobili. Czepiali się go znacznie rzadziej, i to tylko wtedy, gdy ich sprowokował. Paradoksalnie mu tego brakowało, bo mógł wówczas żyć zemstą, planować, jak się odpłaci, obsesyjnie myśleć o wymyślnych zaklęciach. Teraz… Teraz pozostały tylko pustka i świadomość przegranej.
Dzisiaj po prostu od rana czuł gulę w gardle, jakby przeczuwał, że zdarzy się coś złego. Dowcipami Huncwotów już od dawna przestał się przejmować – to obojętność Lily najbardziej go bolała – więc nie mogło o to chodzić. Próbował zabić niepokój na różne sposoby, ale żaden nie pomagał. Nie potrafił się skupić nawet na nauce, zupełnie nie rozumiał tego, co czytał.
Spojrzał na zegar stojący w rogu komnaty. Było już dobrze po dziesiątej. W pokoju wspólnym z powodu późnej pory nie zostało już zbyt wiele osób – oprócz niego przy kominku siedziało tylko dwóch siódmoklasistów, odrabiających prace domowe, i jedna dziewczyna z czwartego roku, którą najwyraźniej pochłonęła czytana książka.
On też zaczynał czuć pod oczami piasek. Chyba powinien w końcu iść spać, choć wiedział, że prawdopodobnie i tak nie zaśnie – lub przynajmniej nie tak szybko. Ostatnio miał z tym problemy, lecz nie odważył się sięgnąć po eliksir usypiający. Bał się snów, które mogłyby go nawiedzić.
Za dużo w nich było duchów przeszłości.


Lily tej nocy również miała problem z zaśnięciem. Dlatego przewracała się z boku na bok, mugolską metodą licząc barany. Sen jednak nie nadchodził, więc jedynie leżała, nieprzytomnie wpatrując się w sufit. Była zmęczona. Od tamtego momentu na obronie przed czarną magią zakuwała jeszcze bardziej niż zwykle, starając się uciec w książki, nie myśleć, nie rozpamiętywać i ignorować porozumiewawcze spojrzenia przyjaciół.
Musiałaby wówczas odpowiedzieć sobie samej na parę niewygodnych pytań, a tego raczej wolała uniknąć. Tym samym odwlekała ten moment w czasie – i tak nastał listopad, a ona nadal nie zrobiła porządku w swojej głowie. Nienawidziła siebie za to, że tak bardzo torturowała Jamesa, każąc mu czekać. Nic nie mówił, nigdy w rozmowach z nią nie poruszał tematu dotyczącego ich relacji. Była mu niesamowicie wdzięczna za cierpliwość, za tolerancję dla jej wiecznego niezdecydowania. Nie wiedziała, jak z nią wytrzymywał, bo ona nienawidziła samej siebie.
Musiał w końcu nadejść taki czas, kiedy będzie gotowa stawić temu czoła. Na razie zupełnie nie wiedziała, co myśleć o Jamesie. Lubiła go, to jasne, cieszyła się, gdy jej towarzyszył, rumieniła się, gdy ją komplementował. Nie wiedziała jednak, czy to coś więcej, czy naprawdę w jej brzuchu zamieszkały motylki, czy tylko jej się wydawało…? Nie potrafiła szczerze odpowiedzieć na to pytanie, nie potrafiła jednoznacznie określić, co czuje do Jamesa.
Bała się.
Bała się tego, że nie podoła, że w końcu zrani go jeszcze bardziej, że sama coś zepsuje, że nie da rady, że jej się jedynie wydaje. Jednocześnie tęskniła za nim, choć nie potrafiła sobie poradzić z własnymi myślami. Przeklinała własną bezradność i nieporadność.
Głupia, głupia Lily.
W końcu zasnęła, płacząc.


Tak jak się spodziewał, długo leżał na plecach, podziwiając rozwieszony nad kolumienkowym łóżkiem baldachim. Gdy jednak zamknął oczy, ogarnęła go słodka ciemność.
Nie było mu jednak dane długo spać, gdyż zaledwie dwie godziny później odwiedził go sam profesor Slughorn.
– Wstawaj, chłopcze – powiedział ze smutkiem, poklepując Ślizgona po ramieniu. – Chodź ze mną.
Nieco otępiały i oszołomiony Severus podniósł się z łóżka, po drodze narzucając na siebie mugolską bluzę, należącą niegdyś do jego ojca. Przeczucie, że stało się coś niedobrego, ponownie uderzyło w niego z całą mocą. Na drżących nogach, ignorując pytające spojrzenia współlokatorów, podążył za opiekunem swojego domu, z pewnym opóźnieniem orientując się, że nie zmierzają wcale do gabinetu nauczyciela.
– Panie profesorze, co się stało? – spytał niespokojnie.
Coś przeskrobałem? Nie, wtedy nie ściągaliby mnie z łóżka o pierwszej w nocy. Musi chodzić o coś innego.
Czarny Pan?
Ta myśl całkowicie go zmroziła.
Nie, to niemożliwe! Nie jestem gotowy…!
– Myślę, że profesor Dumbledore znacznie lepiej ci to wyjaśni. – Slughorn posłał chłopakowi przez ramię współczujące spojrzenie.
Dumbledore? Ale co on ma do tego wszystkiego? Więc nie może chodzić o Czarnego Pana, prawda?
Wiedział, że Slughorn nie odpowie na żadne z jego pytań, więc milczał, podążając za nauczycielem. Wreszcie stanęli przed kamiennymi gargulcami strzegącymi wejścia do gabinetu dyrektora.
– Śliwkowe placki.
Po wypowiedzianym przez mistrza eliksirów haśle gargulce ożyły.


Zobaczyła Severusa. Miał na sobie, jak zwykle, czarne szaty – zawsze ją zastanawiało, dlaczego nie znosił innych kolorów – a jego włosy wyjątkowo wyglądały na umyte. Patrzył prosto na nią, lecz bez żadnych emocji malujących się na twarzy. Nawet w jego oczach widniała pustka.
– Goń mnie! – krzyknął nagle, ledwo poruszając ustami. Rzucił się do biegu, załopotała czarna peleryna, którą miał na sobie. Zaskoczona Lily została w tyle. W końcu jednak i ona ruszyła z miejsca, choć wiedziała, że już go nie dogoni. Uciekał coraz szybciej, jakby się w ogóle nie zmęczył, podczas gdy Ruda traciła już oddech.
Nagle skoczył, już w górze przemieniając się w nietoperza. Jego czarna peleryna opadła na podłogę, pod nogi Lily, podczas gdy on sam odleciał, całkowicie znikając za chmurami. Dziewczyna zatrzymała się; w zwojach materiału zostawionych przez Severusa spoczywała biała lilia.


– Profesorze, co się stało? – spytał Severus, ledwo weszli do gabinetu dyrektora. Dumbledore podniósł się z miejsca, wskazując chłopakowi krzesło przed swoim biurkiem.
– Usiądź, Severusie. Herbatki?
– Chyba nie wezwaliście mnie o drugiej w nocy po to, żeby pić herbatę – wybuchnął Ślizgon, zirytowany spokojem profesora, zbyt niecierpliwy, żeby czekać. – Chcę wiedzieć, co się stało!
– Są rzeczy, o których nie powinno się rozmawiać na stojąco. Usiądź.
Chłopak wahał się przez chwilę, lecz w końcu usiadł, nie spuszczając badawczego wzroku z dyrektora. Założył ręce na piersiach, oczekując wyjaśnienia. Nie miał ochoty na picie czegokolwiek i jedzenie kokosowych ciasteczek, leżących na talerzyku na biurku; niepokój skręcał go od środka zbyt mocno. Wiedział, że nie mógłby nic przełknąć, a nawet gdyby mu się to udało, pewnie i tak zwróciłby całą zawartość żołądka prosto na kolorowy dywan leżący tuż pod krzesłem.
– Profesorze, czy powie mi pan wreszcie, co się stało? – spytał na pozór cierpliwie, choć czuł, że wszystko się w nim gotuje. Zacisnął palce na siedzeniu krzesła tak, że aż mu pobielały kłykcie.
– Tak, myślę, że zasługujesz na prawdę. – Mężczyzna skinął głową, przez chwilę patrząc nie na siedzącego przed nim ucznia, lecz na feniksa zajmującego klatkę znajdującą się nieopodal. – Twoja matka została zaatakowana.
Severus poczuł, że cała krew odpływa mu z twarzy. Zbladł.
– Co… Co się stało? J-jak? – wyjąkał.
– Nie wiadomo. Podejrzewamy, że byli to śmierciożercy. Nikt ich nie widział poza twoją matką.
– Czy ją… zabili? – To pytanie z najwyższym trudem przeszło mu przez gardło.
– Nie. Jest w śpiączce, leży w świętym Mungu. Ma dosyć rozległe obrażenia wewnętrzne i zewnętrzne, prawdopodobnie była torturowana. Jej stan jest stabilny. Żyje w zasadzie tylko dzięki pani Moonshaw, która powiadomiła szpital.
– Pani Moonshaw?!
– O tak, jest bardzo oddana sprawie. To charłaczka, wybrała sobie Cokeworth na siedzibę i mieszka tam od kilkudziesięciu lat, od niedawna podglądając wyczyny pańskie, panie Snape, oraz panny Evans. – W oczach Dumbledore’a zamigotały iskierki, widoczne nawet pomimo półmroku panującego w pomieszczeniu.
W głowie Ślizgona szumiało. Stanowczo za dużo rewelacji jak na jeden dzień.
– Matka… Wyjdzie z tego? – spytał słabo.
– To zależy od tego, czy się obudzi. Jest jednak w dobrych rękach, jej życiu już nic nie zagraża.
– Czy mogę ją odwiedzić?
Zacisnął pięści.
– Oczywiście. Profesor Slughorn – Severus zdążył już zapomnieć o obecności opiekuna swojego domu – teleportuje się z tobą do szpitala, gdy tylko będziesz gotowy.
– Wpuszczą mnie o tej godzinie?
– Tak. Zadbam o to – zapewnił go Dumbledore.
Severus wstał, chcąc jak najszybciej znaleźć się przy matce, nie zważając nawet na własne zmęczenie, które sprawiło, że się zachwiał.
– Wszystko w porządku, chłopcze? – spytał z troską przytrzymujący go za ramię profesor Slughorn.
– Tak. Po prostu niewiele spałem – wyznał.
– Może najpierw się prześpij? – zaproponował Dumbledore, spoglądając na Severusa zza swoich okularów-połówek.
– Nie, nic mi nie jest – odparł zdecydowanie Ślizgon, przeklinając swoją chwilę słabości. – Chcę się zobaczyć z matką. Wyśpię się potem.
Dyrektor szkoły skinął w odpowiedzi głową, szanując decyzję chłopaka.
– No dobrze, Severusie… W takim razie chodźmy.
Znajdowali się już przy drzwiach, kiedy przyszła mu do głowy pewna myśl. Odwrócił się i, patrząc na Dumbledore’a, spytał:
– Profesorze, a co z moim ojcem?
– Nie było go w chacie w chwili ataku, jeśli o to pytasz.
Fawkes poruszył się na żerdzi.
– A żyje?
– Prawdopodobnie tak. Podejrzewamy, że uciekł.
Świetnie. Zawsze go nienawidziłem.


Brodziła w morzu białych lilii. Stała w nim po kostki, wiedząc, że depcze lśniące od rosy płatki. Nie mogła jednak tak stanąć, żeby niczego nie połamać. Dokoła niej nie było ani skrawka ziemi, który byłby wolny od kwiatów.
Tajemnicza siła pociągnęła ją do przodu, choć ona sama nie wiedziała, dokąd miała iść. Stawiała kroki ostrożnie, usiłując nie zniszczyć roślin bardziej niż to konieczne, lecz coś jej mówiło, że powinna się pospieszyć.
Im głębiej brnęła, tym częściej dostrzegała, że lilie są tu i ówdzie poznaczone czerwonymi plamami, które w pełnym słońcu wyglądały jak krew. Chwilę później białe kwiaty zniknęły, zastąpione przez rośliny o szkarłatnych płatkach.
Lily jednak wciąż szła naprzód, teraz już stawiając nogi po wąskiej dróżce biegnącej w poprzek liliowego pola. Nie mogła się zatrzymać, choć jej nogi już drżały. Gdyby przystanęła, upadłaby na te delikatne kwiaty i już by się nie podniosła.
Potknęła się. Nawet nie o kamień, a o złotą kuleczkę. Podniosła ją z ziemi, rozpoznając szkolny znicz. Trzepotał bezradnie skrzydełkami, jednak nie mógł odlecieć. Obejrzała go uważnie; wyglądał zwyczajnie. Co prawda nigdy nie miała żadnej z tych piłeczek w ręce, uznała jednak, że wszystkie wyglądają podobnie. Nie wiedziała tylko, czy na każdej znajduje się łacińska sentencja.
Amor omnia vincit.
Miłość wszystko zwycięża.
Co za banał.


Szpital świętego Munga o tej porze świecił pustkami. Ledwo przytomny Severus podążył za profesorem Slughornem, który zdążył wypytać napotkaną uzdrowicielkę, dokąd się kierować. Bez większych problemów dotarli na właściwe piętro i do właściwej sali.
– Poczekam na zewnątrz, gdybyś czegoś potrzebował – odezwał się nauczyciel eliksirów i pocieszająco poklepał chłopaka po plecach.
Ślizgon skinął głową, po czym nacisnął klamkę. Wchodząc do pomieszczenia, poczuł, że znalazł się w zupełnie innym świecie.
Pokoik był malutki, lecz czysty. Pachniał ziołami i bzem, co było dziwne, zważywszy na porę roku. Znajdowało się w nim tylko jedno łóżko, na którym leżała matka Severusa, szafka zastawiona buteleczkami z przyciemnianego szkła oraz parawan wymalowany w kolorowe esy-floresy. Dodatkowo któraś z uczynnych uzdrowicielek przyozdobiła ściany świątecznymi łańcuchami i bombkami.
Wystrój pomieszczenia jednak zbytnio nie interesował Severusa, więc zamiast podziwiać miniaturową choinkę stojącą w kącie, przypadł do łóżka. Chwycił bladą dłoń kobiety w swoje własne. Płakał, przeklinał, błagając, żeby się obudziła i nie zostawiała go samego, nie teraz, kiedy są już wolni od tyranii ojca.
Wreszcie, wymęczony łkaniem oraz bezsennością, zasnął.
           

Przez chwilę myślała, że znalazła się z powrotem w swoim dormitorium. Odetchnęła z ulgą. Stwierdziła, że powinna wejść do łazienki, póki jest wolna, więc wzięła leżącą na kufrze czarną szatę Hogwartu i ruszyła w kierunku niewielkiego pomieszczenia.
Zdziwiła się, widząc wiszące tuż obok drzwi lustro w prostokątnej, pozłacanej ramie. Nie przypominała sobie, żeby podobne znajdowało się w dormitorium, które współdzieliła z Dorcas i Al. Musiała nadal śnić.
Zaciekawiona podeszła bliżej, wpatrując się w mętną, falującą powierzchnię. Nawet o tym nie wiedząc, wypuściła z ręki szatę, jak zahipnotyzowana nie mogła oderwać wzroku od matowego szkła. Powoli jednak zaczynało się rozjaśniać, zmarszczki wygładzały się i znikały. Już po kilku sekundach lustro wyglądało jak nowe.
Lily, ku swojemu zdziwieniu, ujrzała po drugiej stronie Jamesa, machającego do niej beztrosko. W drugiej ręce podrzucał znicz. Miał na sobie tradycyjną szatę i jak zwykle wyglądał, jakby dopiero co zszedł z miotły.
– Cześć, Lily – odezwał się, pokazując w szerokim uśmiechu swoje uzębienie. Przyłożył dłoń do powierzchni lustra, jakby chciał przejść do dormitorium, lecz bariera mu na to nie pozwoliła.
Zaskoczona odskoczyła od przedmiotu. Nie zauważyła leżącej na ziemi butelki i potknęła się o nią, w wyniku czego wylądowała na podłodze. Chociaż w sumie we śnie gadające lustra nie powinny jej dziwić.
– Wszystko w porządku? – zapytał James z jej snu, tak samo opiekuńczy jak prawdziwy.
– T-taaak – odparła, podnosząc się do pozycji pionowej. Zarumieniła się, czując, że zrobiła z siebie idiotkę. – Kim jesteś?
Chociaż teraz chyba wygłupiła się jeszcze bardziej.
– Senną marą, zjawą, wytworem twojej podświadomości, nazwij to jak chcesz – odparł z dziwnym, tajemniczym uśmieszkiem, który zazwyczaj zwiastował, że wpadł na kolejny szatański pomysł.
Ale to nie była rzeczywistość, lecz sen.
– Dlaczego z tobą rozmawiam? – spytała ostrożnie, robiąc krok do przodu.
– Ponieważ, jak podejrzewam, chcesz poznać odpowiedzi na kilka pytań.
– Jakich… na przykład?
– Ty mi to powiedz. Prawdziwy James Potter się o niczym nie dowie. Nie jestem nim, a on nie siedzi w twojej głowie. Nawet zarymowałem.
Znicz ponownie poszybował w górę.
– Czyli rozmawiam z samą sobą? – Lily zmarszczyła nos.
– Tak jakby. Jestem personifikacją twojej podświadomości, ujawniam to, co siedzi głęboko w twojej głowie, a z czego ty sobie nie zdajesz sprawy. Możesz pytać, o co tylko chcesz.
– Czy to jest ten etap, kiedy okazuje się, że oszalałam, rozmawiając sama ze sobą? – zastanowiła się, siadając po turecku przed lustrem.
– To tylko sen. Możliwe nawet, że nie będziesz go pamiętać po obudzeniu się.
– Więc co, twoim zdaniem, powinnam zrobić?
– Posłuchać własnego serca.
– Takich banałów to się nie spodziewałam…
– Kiedy to prawda. – Chłopak po drugiej stronie wzruszył ramionami. – Tu nie ma żadnej dobrej rady, jak to rozegrać i co zrobić. Mogę ci jedynie powiedzieć, co podświadomie chciałabyś zrobić. Co zrobisz, to już zupełnie inna kwestia. Poza tym ja nie jestem twoim sercem, ale bardziej twoim… mózgiem? Powiedzmy.
Przewróciła oczami, słysząc tę malutką tyradę.
– A zatem co chciałabym podświadomie zrobić?
– Powiedzieć to cholerne „tak” na pytanie, czy pójdziesz z nim na randkę.

6 komentarzy:

  1. PIERWSZA!
    Tak się składa, że dzisiaj odkryłam tego bloga. Ale ze mnie szczęściara. Zacznijmy od tego, że rozdział niestety nie powala na kolana długością, a szkoda, bo chętnie przeczytałabym dalej... Ale wynagrodziłaś to akcją, której jest dużo. Kocham Lily w tym opowiadaniu. Nie wiem dlaczego, tak po prostu. Mam nadzieję, że w końcu się jakoś ułoży z Jamesem.
    Czekam na kolejny rozdział.
    Pozdrawiam cieplutko i życzę weny.

    Chocolate

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie spodziewałam sie, ze skupisz sie ba postaci Severusa, ale to chyba dobrze. Jego natura kłoci sie nieco z ego miłością,, ale mozna by byli i pogodzić, jeśli spojrzałby na to z szerszej perspektywy. Niestety chyba juz stracił swoją sZanse z Lily. Mimo to mam jednak nadzieje,ze jego matka sie obudzi i wyDrowieje. A ojciec pewnie jeszcze wróci, w końcu wiemy, jak sie skończy jego żywot... Ciekawe, co myśli Snape o tm, ze pomogła mu charlaczka... Sny Lily były dziwne, ale bardzo sugestywne. Mam nadzieje, ze Lily pomimo strachu zgodzi sie na randkę. Lepiej żałować, Że cos nie wyszło niz nie spróbować w ogole. A James i tak juz cierpi, bo sie w Evans zakochał. Zapraszam do mnie na nowosc, jestem ciekawa Twojej opinii. Życzę wesołych świat :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jejku super!! Ja chce next! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Sen Lily był trochę dziwny, ale może po nim będzie jej łatwiej poukładać te wszystkie myśli jeżeli po obudzeniu się będzie go pamiętać. Może podejmie jakąś dobrą decyzję co do Jamesa.
    Jest tutaj też Snape'a dużo. Dobrze, bo o nim czasami fajnie jest też poczytać.
    Widać że dobrze mu się ostatnio nie układa. Najpierw stracił Lily ale to akurat z własnej winy i tej przyjaźni już nie naprawi, a teraz jeszcze jego matka jest w szpitalu. Pewnie jej wyjście ze śpiączki nie nastąpi szybko.

    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  5. Cześć.
    Jej, nie zauważyłam wcześniej, że zadedykowałaś mi poprzedni rozdział! Bardzo dziękuję. Bycie najmniej spostrzegawczą osobą na świecie zobowiązuje...
    To musi być straszne - nigdzie nie czuć się dobrze. Nigdy nie myślałam o tym, jakie uczucia mógłby wzbudzać w Severusie Pokój Wspólny, więc dałaś mi do myślenia. Ciekawy pomysł. No i masochistyczne tendencje, torturowanie samego siebie - to do niego pasuje. Bardzo ładnie stopniowałaś też napięcie. Jednak uwaga - po eliksirze usypiającym nie ma się snów (gdyby taki istniał naprawdę...!)
    Biedna Lily :( Zwykle nie lubię jak tak miota się bez sensu, ale tym razem udało Ci się mnie przekonać - naprawdę jej współczułam.
    I jeszcze biedniejszy Severus! Po utracie Lily została mu tylko matka, więc to musiał być dla niego straszny cios. Ciekawe, dlaczego została zaatakowana.
    Sen Lily był niesamowity, bardzo metaforyczny. Też chciałabym taki :p No bo spotkać się oko w oko z samą sobą... Wprawdzie to trochę dziwnie, że personifikacją osobowości Lily jest James, ale kto wie, co nam siedzi w głowach? :) Końcówka bardzo mi się podobała, mam nadzieję, ze Lily skorzysta z tej rady i to szybko!
    Z pozdrowieniami
    Eskaryna

    OdpowiedzUsuń
  6. Prepraszam za moje koszmarne opóźnienie! Przeczytałam dopiero teraz (zaraz biorę się za następny rozdział!), ale ten po prostu MUSZĘ skomentować.
    W sumie cieszę się, że się skupiłaś tu mocniej na postaci Severusa i pokazałaś, co się dzieje w jego głowie. O ile jestem na niego wręcz uczulona, o tyle tutaj poczułam do niego coś jakby cień sympatii... I ta część jego przemyśleń o Huncwotach - jakby brakowało mu tego, że robią z niego żarty - wyszedł smutny Sevcio, który potrzebuje jakiejś namiastki uwagi ;)
    A co do Lily - ACH! <3 Podoba mi się ten zabieg z liliami i oczywiście, jak wszędzie, dorobiłam już swoją teorię :P Czy białe lilie symbolizują szczęśliwie życie (z Jamesem obviously), te zakrwawione wojnę, a zupełnie czerwone śmierć, wtedy już rodziny Potterów? I ten znicz - cytat może dotyczyć i ciągłego uporu Lily, który James w końcu przezwycięża, jak i sposobu, w jaki dzięki miłości uratowała Harry'ego od śmierci. Jak by nie było, dziękuję ci za ten fragment, bo uwielbiam elementy symboliczne, nad którymi mogę podedukować!
    I na zakończenie, scena z lustrem... Ostatnie zdanie to dokładnie to, co myślę, czytając o niezdecydowanej Lily! Więc niech wreszcie posłucha mnie, samej siebie (w ciele Jamesa <3) i właściwie wszystkich naokoło i niech się z nim wreszcie umówi! :D
    Piękny rozdział, nawet mimo braku Huncwotów! Jestem zachwycona! A teraz biegnę do następnego rozdziału!
    Pozdrawiam,
    Cecily

    OdpowiedzUsuń

Czarodzieje