sobota, 12 grudnia 2015

14. Status quo

Z dedykacją dla Eskaryny. Dziękuję za wszystko. <3

Lily długo milczała. Jak urzeczona wpatrywała się w ogniste litery wiszące w powietrzu przed nią, jakby sens tego zdania do niej nie docierał. Wyciągnęła przed siebie rękę, by ich dotknąć, lecz natychmiast się rozwiały. Rozczarowana opuściła dłoń, czując, że zepsuła tę chwilę, że powinna wreszcie coś powiedzieć, przeprosić, wyjaśnić… Ale nie powiedziała nic. Jedynie siedziała na poduszkach w Pokoju Życzeń, podobnie jak i on. Patrzyli na siebie, jakby poza nimi nie istniało nic więcej. Jej wzrok wyrażał desperację, błaganie, przeprosiny, że nie potrafi odpowiedzieć na tę poważną deklarację, tak różną od zwyczajowego: „Umówisz się ze mną, Evans?”… W jego spojrzeniu kryła się i troska, i zrozumienie, i przebaczenie. Skinął głową, jakby zgadzając się na niewypowiedzianą prośbę, zgadzając się na oczekiwanie. Wydawało jej się, że w jednej chwili dojrzał, w jednej sekundzie zmienił się z niepoważnego, wręcz szczeniacko się zachowującego nastolatka w dorosłego i odpowiedzialnego mężczyznę.
Spełnił jej prośbę, jej rozkaz, wykrzyczany w trakcie kłótni – „Dorośnij!”. Dorósł. Musiała przyznać, że czuła dla niego podziw.
Teraz to ona była tą, która musiała dorosnąć. W jej myślach panował chaos, nie mogła się rozeznać, co właściwie czuje i co powinna z tym zrobić. Jeszcze nie dojrzała do tego, żeby wygłaszać jakiekolwiek deklaracje – czy odwzajemnia uczucie Jamesa, czy nie.
Otworzyła usta, by coś powiedzieć, przerwać niezręczną ciszę, która dręczyła ich oboje.
– James…
– Nie tłumacz się, Rudzielcu. Nie ma takiej potrzeby. – Obdarzył ją uśmiechem, którego jeszcze u niego nie widziała – wcale nie ironiczny czy kpiący, lecz czuły. Nigdy tak na nią nie patrzył. Nigdy tak nie patrzył na nikogo.
– Ale…
– Poczekam na ciebie. Nie odejdę ani nie ucieknę, obiecuję. Poczekam, aż będziesz gotowa i przestaniesz uciekać. Nie martw się.
– Skąd wiesz...?
– Po prostu wiem. Idź. 
– Wrócę…
Wybiegła.


Kolejne dni mijały dla Lily jak w transie. Z pozoru wszystko wyglądało tak jak wcześniej. Rozmawiała z Jamesem oraz pozostałymi Huncwotami, jakby nic zupełnie się nie stało, jakby rozmowa w Pokoju Życzeń nie miała miejsca. Dopiero gdy się im przysłuchiwało uważniej, dało się dostrzec subtelne zmiany – dyskusje stawały się coraz dłuższe i poważniejsze, rzadziej przeradzały się w kłótnie i nie pojawiały się w nich tak często docinki, choć sami zainteresowani posługiwali się ironią i żartowali. Co najbardziej zdziwiło Lily, Huncwoci przestali wycinać numery innym – a może po prostu robili to tak, że nie widziała? James spędzał zadziwiająco dużo czasu nad książkami, aż przecierała oczy, nie wierząc, że w ogóle do nich usiadł. Syriusza za bardzo pochłaniały randki z Willow, żeby mógł się przejmować głupimi kawałami, Lupina nigdy to nie obchodziło, a Peter… Peter sam nie miał tyle odwagi, w dodatku nadal szukał Widmowej Dziewczyny, jak ją w myślach nazywał.
Sama Lily coraz częściej przyłapywała się na ukradkowych spojrzeniach w stronę Jamesa, na rumieńcach, kiedy przechodził obok, na tym, że jej myśli mimochodem do niego wracały. Nie było to złe, uznała. Nadal jednak nie uczyniła żadnego kroku w jego stronę; on również tego nie robił.
Trwali więc w stanie zawieszenia.


– Lily, pomożesz mi z esejem?
Często się zdarzało, że Peter Pettigrew prosił Lily o pomoc ze swoim wypracowaniem, więc nie była zaskoczona. Skinęła jedynie w roztargnieniu głową, usiłując dokończyć zdanie, które zapisywała na własnym pergaminie.
– Dobrze, już skończyłam – oznajmiła z dumą, wpatrując się w swoje równo zapisane literki. Wyszło nieco więcej, niż poleciła McGonagall, ale kto by się tym przejmował?
Odłożyła wypracowanie nieco dalej, żeby atrament mógł wyschnąć, po czym odwróciła się w stronę Szczura, którego niewyraźna mina wskazywała na to, że kompletnie sobie nie radzi z tematem pracy.
– Pokaż mi to.
– Dzięki…
Przejęła pognieciony i pomazany atramentem pergamin, po czym przeczytała, co do tej pory udało się wyskrobać Peterowi.
– Musiałbyś to napisać od nowa – westchnęła. – Masz za dużo błędów, żeby dało się to tak po prostu poprawić.
– Co mam tam napisać? – Szczur zrobił cierpiętniczą minę. Nienawidził tych wszystkich wypracowań, które zwykle musiał odpisywać od Remusa, ewentualnie od Syriusza lub Jamesa, jeśli któryś z nich miał dobry dzień. Czasem, tak jak teraz, pomagała mu Lily, w ostateczności sam bazgrał głupoty, za które zwykle później dostawał „Nędzny”, choć częściej zdarzał się „Troll”. Nie mógł nic poradzić na to, że nie lubił i nie potrafił dobrze pisać. Nawet jego pismo było niechlujne, prawdziwie szczurze – małe, drobne, krzywe i koślawe. 
– Zacznij może od zdefiniowania, czym jest amortencja… Możesz posłużyć się definicją z podręcznika, Slughorn nie będzie miał nic przeciwko… Potem wypisz jej zalety, po tym wady i tyle, powinno ci idealnie wyjść tyle, ile chciał Slughorn.
Zrezygnowany położył głowę na papierze, który oddała mu dziewczyna.
– Mogę zajrzeć do twojego eseju?
– Nie. Nie zaszkodzi ci, jeśli trochę rozruszasz szare komórki. – Uśmiechnęła się, zabierając się za pisanie eseju na starożytne runy. Musiała przetłumaczyć stary manuskrypt – lubiła to robić, praca nad słownikiem ją odprężała.
– Eeeeeeeeeech…
– Im szybciej zaczniesz, tym szybciej skończysz – poradziła Lily.
– Nie rozumiem, co Rogacz w tobie widzi…
– Słucham?
– Nie, nic, nic, nic nie mówiłem. – Wycofał się szybko ze swoich słów, widząc morderczy wzrok pani prefekt.
– Twoje szczęście. – Dźgnęła go piórem w ramię, po czym wróciła do wertowania słownika. – Zaraz chyba będzie kolacja, wypadałoby zejść na dół.
– Mhm. – Przytaknął. – Hej, Evans…
– Tak?
– Czy znasz jakąś Annabeth?
– Znam, i to niejedną. – Lily zmarszczyła piegowaty nosek. – Dlaczego pytasz?
– Tylko nie mów nikomu, dobra? Nawet inni Huncwoci o tym nie wiedzą.
– Jasne. Żaden problem.
– Bo mam taką dziwną sytuację – podrapał się po potylicy, decydując się na powierzenie swojego sekretu Rudej – że spotkałem na korytarzu dziewczynę, rozumiesz? Powiedziała, że ma na imię Annabeth… Szukałem jej później.
– Znalazłeś?
– Nie. – Pokręcił głową. – Żadna nie była tą, którą spotkałem wtedy, na korytarzu…
– Rozumiem.
– Ale za to pojawiła się w Hogsmeade. – Peter rozłożył bezradnie ręce. – Powiedziała mi, że nie istnieje. Nie rozumiem tego! Zwariowała czy co?! A może to ja zwariowałem…? Już nic nie wiem! Nie mogę jej nigdzie znaleźć! Zapadła się pod ziemię! Kim ona w ogóle jest?!
– Poczekaj – poprosiła Lily, zamyślając się. – Przedstawiła się jako Annabeth, tak? A jak wyglądała?
– Jasne, długie włosy, dosyć niska, drobna. Miała na sobie szaty Hogwartu. Nie pamiętam zbyt dobrze, widziałem ją zbyt krótko – przyznał zrezygnowany.
– Brzmi znajomo… Serio, jakbym już kiedyś o niej słyszała, ale nie wiem, kiedy i gdzie.
– Naprawdę? – Ożywił się, dostrzegając swoją nadzieję na rozwiązanie zagadki.
– Masz gdzieś pod ręką „Historię Hogwartu”? – spytała zniecierpliwiona. – O co ja w ogóle pytam, na pewno nie masz. Muszę iść do biblioteki i się upewnić.
– Upewnić… W czym?
– Wydaje mi się, że ta twoja Annabeth jest duchem.


– O czym myślisz? – Frank dotknął twarzy Alice, głaszcząc jej policzek. Drugą ręką obejmował dziewczynę w talii, jakby się bał, że mu ucieknie, choć nie sądził, żeby to zrobiła.
– O niczym konkretnym – odparła, obejmując go mocniej za szyję. – W zasadzie to myślę o tym, jak mi tutaj dobrze i jak bardzo chciałabym pójść z tobą do Hogsmeade.
– Och, Alice… – roześmiał się cicho. Oparł podbródek o jej głowę, mocno przytulając dziewczynę.
– To jak, pójdziemy? – spytała błagalnie.
– Kochanie, myślę, że doskonale wiesz, że nie potrafiłbym ci odmówić!
Pocałował ją najpierw w czoło, potem w nos, wreszcie w usta.
– Zawsze warto się w tym upewnić.
– Czyżbyś miała jakieś wątpliwości co do mojego uczucia, panno Bloomweg? – Jego głos brzmiał żartobliwie.
– Po prostu jeszcze nigdy nie powiedziałeś mi tego wprost. – Udała, że pociąga nosem, po czym wtuliła się w koszulkę chłopaka.
– Nie powiedziałem? – zdziwił się, tym razem poważnie. – Myślę, że w takim razie trzeba to jak najszybciej naprawić. – Pochylił się, by wyszeptać jej do ucha: – Ko-cham cię!
– Ja ciebie też.
– Ale ja ciebie bardziej.
– Da się bardziej? Nie da! Więc nie przebijesz!
Nie odpowiedział, lecz zamiast tego ją pocałował.


– Duchem?
– Tak, duchem. A dokładniej, duchem Annabeth Ravenclaw, siostry Roveny Ravenclaw. To by wyjaśniało, dlaczego ci powiedziała, że nie istnieje i dlaczego miała na sobie szaty Hogwartu.
– Nie mogłem jej znaleźć na naszej mapie – stwierdził oszołomiony, patrząc na Lily.
– Duchy mają to do siebie, że lubią wędrować. – Wzruszyła ramionami. – Mogą wyjść poza bariery ochronne Hogwartu. Musiałbyś jednak się upewnić, czy to na pewno ona, bo mogę się mylić.
– Dlaczego stała się duchem?
– Nie wiem. Musiałbyś sam ją o to spytać. W „Historii Hogwartu” nie ma zbyt wielu informacji na jej temat. Jest tylko krótka wzmianka, że Rovena Ravenclaw miała siostrę, Annabeth, która, jak łatwo można się domyślić, była w Ravenclawie i zasłynęła z tego, że wymyśliła sposób wejścia do ich pokoju wspólnego. Pod spodem jest ich rysunek, jej i Roveny, może ją poznasz.
– To mówisz, że ta książka jest w bibliotece…?
Zerwał się, nie czekając na odpowiedź Lily.


Zgrabnym machnięciem różdżki przetransmutowała filiżankę w jeża, podsłuchując rozmowy, które się toczyły przy innych stolikach. Nic szczególnego, zwykła wymiana ploteczek lub prośby o pomoc w wykonaniu zadania.
Dostrzegła po prawej charakterystyczną fryzurę Jamesa. Wyglądał jak zawsze – jakby dopiero co zsiadł z miotły. Rozmawiał z Remusem, obaj byli wyraźnie rozbawieni. Po ich stole pełzały dwa jeże, za które dostali pochwały od profesor McGonagall. Nie mogła się sama nie uśmiechnąć; lubiła ich widzieć tak radosnych. Za to gorzej działo się przy blacie Syriusza i Petera – obaj pokładali się ze śmiechu, lecz po stoliku leniwie maszerowały dwa jeże, choć jeden wyglądał nieco karłowato i miał pomarańczowe kolce. Stały też tam dwie filiżanki, podobne do jej własnej, choć mogłaby przysiąść, że jeszcze chwilę wcześniej również chodziły na czterech łapkach.
Miała wrażenie, że niby wszystko wyglądało tak samo jak wcześniej, ale miała wrażenie, że relacja na linii ona – James trwa w dziwnym zawieszeniu. Jeszcze nie do końca oswoiła się z wyznaniem Pottera, ale czuła, że nie może tego tak zostawić. Obiecała mu przecież, że wróci…
Dlaczego właściwie to powiedziała? Nie przemyślała tych słów, odpowiedziała mu niemalże odruchowo, jakby wiedząc, że właśnie one powinny paść z jej ust. Może podświadomie też coś do niego czuła, ale nie chciała się do tego przyznać…?
Nie, nie, nie! To niemożliwe, żeby mogła kogokolwiek obdarzyć uczuciem. A na pewno nie Jamesa…
Na samą myśl aż się zaczerwieniła po korzonki włosów.
– Dziesięć punktów dla Gryffindoru!
Przy jej stole wyrosła jak spod ziemi profesor McGonagall, pozytywnie oceniła efekt pracy Lily i odeszła, by ratować jeże innych uczniów.
Położyła głowę na blacie, nie mając nic lepszego do roboty przez resztę lekcji.


„Historia Hogwartu” była stara i pożółkła. Musiał przewracać strony powoli i ostrożnie, bojąc się, że się rozsypią pod wpływem pojedynczego dotknięcia. Szybko jednak odnalazł zdjęcie, o którym mówiła Lily. Uśmiechnięta od ucha do ucha – czy to w ogóle było możliwe? – Rowena Ravenclaw o kruczoczarnych włosach oraz stojąca obok niej niższa dziewczyna o długich włosach, spływających kaskadami z ramion. Ona również szczerzyła się do aparatu, po czym nachylała się w stronę siostry i coś jej szeptała na ucho.
To na pewno była ona.
Annabeth.


Peter dawno nie czuł się tak podle. Snuł się po kątach, zdając się jeszcze bardziej chować w cień i zabiegać o to, by pozostać niezauważonym przez wszystkich. Jego zachowanie wydało się Huncwotom dziwne, dlatego skończyli wreszcie wymieniać między sobą znaczące spojrzenia i w końcu z nim porozmawiać. Jako mediatora wybrali Remusa; wiedzieli, że to on z ich trójki nadawał się na dyplomatę.
– Szczurze, wszystko w porządku?
Lupin spokojnie upił kolejny łyk kawy, patrząc znad kubka na podenerwowanego Petera.
– Co? Ach, tak.
Wyglądał na przygaszonego. Smutnego. Chorego. Miał cienie pod oczami, jakby mało spał w nocy, wyraźnie też zmarniał. Nie tak bardzo, żeby zmiany dało się zauważyć na pierwszy rzut oka, jednak dla osób, które znały go od sześciu lat, różnica była widoczna jak na dłoni.
– Coś się stało? Nie wyglądasz za dobrze.
Remus bynajmniej też nie miał zamiaru tak łatwo odpuścić. Wiedział, że są sprawy, które łatwiej przetrawić po ich przegadaniu. Możliwe, że i problem Petera się do takich zaliczał.
Glizdogon przez długą chwilę nie odpowiadał. Milczał, unikając wzroku Lunatyka. Bębnił jedynie niespokojnie palcami po blacie stołu. Usiłował uspokoić rozszalałe myśli; gorączkowo zastanawiał się, czy powinien mu powiedzieć, czy nie. W końcu Lupin miał dobre zamiary, nie? Nie zamierzał tego wykorzystać, a poproszony o dyskrecję zawsze dotrzymywał słowa. Nieważne, że czasem był przemądrzały, jakby pozjadał wszelkie rozumy, że zadawał się z tymi idiotami, Potterem i Blackiem…
– Obiecaj, że nikomu nie powiesz.
– Obiecuję. – Poważnie skinął głową, a Peter wiedział, że dochowa obietnicy.
– No więc… zakochałem się w duchu.
Nawet w jego głowie brzmiało to idiotycznie, ale opowiedział Remusowi całą historię, zakończywszy ją pytaniem:
– I co ja mam teraz zrobić?
Lupin przez chwilę milczał, przetrawiając słowa przyjaciela.
– Nie mam pojęcia. Ducha raczej nie ożywisz w żaden sposób. Nie wiem, co ci doradzić – przyznał. – Naprawdę, nie wiem.
– Chyba powinienem przestać o niej myśleć, nie?
– Tak by było najlepiej.
Remus nigdy nie był dobrą osobą do pogaduszek o związkach. W żadnym nigdy nie był, nie uganiał się za nikim i zdecydowanie bardziej wolał towarzystwo książek.
– Masz rację… – westchnął Szczur, wbijając wzrok w kartkę, która leżała przed nim na stole. – Zakochać się w duchu, jak bardzo upadłem na głowę… Wyglądała tak bardzo realnie, była taka prawdziwa – wybuchnął nagle.
– Wiem, Glizdku, wiem.
– Dlaczego muszę mieć takiego pecha?!
– Nie tylko ty masz pecha, przecież wiesz, że ja też nikogo jeszcze sobie nie znalazłem. – Remus wzruszył ramionami.
– Przepraszam – wyjąkał Szczur, nagle speszony, przestraszony swoim atakiem.
– Nic się nie stało. Po prostu uważam, że powinieneś o niej zapomnieć i poszukać sobie raczej towarzystwa wśród żywych.


Październik dobiegł końca, wreszcie nastał listopad. Pogoda zrobiła się z dnia na dzień paskudna, nad Hogwartem zawisły czarne chmury. Ciągle padał deszcz, było też bardzo zimno i nie dało się wyjść z zamku bez kurtki.
Lily, wlokąc się smętnie na obronę przed czarną magią, wyjrzała przez okno, obok którego akurat przechodziła. Miała cichą nadzieję, że się rozpogodzi i zrobi cieplej, ale wiedziała, że to zdecydowanie nie ta pora roku. Nie mogła liczyć na litość. Z niezadowoleniem przeskoczyła kolejne stopnie, po czym zatrzymała się. Musiała poczekać, aż schody łaskawie podjadą i pozwolą jej się dostać do zachodniego skrzydła. Powinna się pospieszyć, za bardzo zasiedziała się w bibliotece, ale tak bardzo jej się nie chciało… Najchętniej zaszyłaby się w łóżku i spała.
Weszła do klasy dosłownie chwilkę przed rozpoczęciem lekcji. Zdyszana usiadła na miejscu zajętym jej przez Al i wyjęła książki. W samą porę, gdyż do pomieszczenia wkraczał już nauczyciel.
– Dobrze, moi drodzy! Dzisiaj lekcja będzie miała trochę inny charakter, myślę, że wszystkim się spodoba, choć zaklęcie, którego będziemy się uczyć, nie należy do łatwych. – Profesor Innis Conroy dziarsko podciągnął rękawy, po czym za pomocą machnięcia różdżką odsunął stoły oraz krzesła pod ściany, zostawiając wolną przestrzeń na środku klasy. Ślizgoni oraz Gryfoni stłoczyli się wokół niego, wyjmując różdżki i czekając z ciekawością na kolejne polecenia. – Zaklęcie Patronusa! Kto wie, do czego ono służy?
Ręka Lily wystrzeliła w górę jako pierwsza.
– Panno Evans? Słuchamy!
– Jest to zaklęcie, które umożliwia ochronę przed dementorami. Przybiera postać zwierzęcia, jest to wtedy forma cielesna, lub srebrzystej mgiełki. Do jego utworzenia jest potrzebne najszczęśliwsze wspomnienie, jakie mamy – wyjaśniła z zadowoleniem Lily.
– Jak zwykle doskonale, pięć punktów dla Gryffindoru. – Conroy obdarował ją uśmiechem, po czym zaczął się przechadzać po klasie. – Zaklęcie Patronusa jest bardzo trudne, niewielu osobom udaje się wyczarować cielesną postać. Jednak nawet pojawienie się strzępka mgły jest sukcesem i dobrym początkiem. Jak panna Evans powiedziała, jego utworzenie jest związane z najsilniejszym radosnym wspomnieniem. Pomyślcie o czymś niesamowicie radosnym, skupcie się na tym najmocniej, jak możecie! Przeszukajcie swoją pamięć, znajdźcie coś takiego, co pomoże wam wyczarować Patronusa!
Uczniowie najpierw patrzyli po sobie zdezorientowani – większość miała do czynienia z tym zaklęciem po raz pierwszy – lecz w końcu zaczęli przywoływać swoje najszczęśliwsze wspomnienia i się na nich skupiać.
Lily ze zdenerwowaniem zaczęła przeglądać swoją pamięć, usiłując przypomnieć sobie jakieś szczęśliwe wspomnienie. Musiało być naprawdę silne, a ona się obawiała, że nie miała takich.
Moje urodziny?
– Dobrze! – Nauczyciel ponownie skupił na sobie uwagę. – Macie już wspomnienie? Wspaniale. Teraz musicie jedynie powtórzyć zaklęcie: Expecto Patronum! Powtórzcie!
Expecto Patronum!
– Fantastycznie. Nie możemy ćwiczyć na prawdziwych dementorach ani nawet na boginach, więc spróbujemy na sucho, że tak powiem. Skupcie się na swoim szczęśliwym wspomnieniu i wyczarujcie swojego patronusa!
Przywołała wspomnienie z wakacji przed pierwszą klasą, kiedy dostała sowę wraz z listem z Hogwartu. Kiedy dowiedziała się, że naprawdę nie jest nienormalna, lecz jest czarodziejką, jak mówił Sev… Snape! Pamiętała, że była wówczas bardzo szczęśliwa, nawet jej rodzice promienieli dumą i tylko Petunia obrażona snuła się po kątach.
– Expecto Patronum! – wykrzyczała w uniesieniu. Z jej różdżki wystrzelił snop srebrzystej mgły, która ku zaskoczeniu dziewczyny uformowała się w zwierzę.
Łania.
Naprzeciw niej stanął utkany ze srebrnego światła jeleń.
– POTTER I EVANS TO BRATNIE DUSZE!
To by było na tyle, jeśli chodzi o status quo.


7 komentarzy:

  1. Świetne czekam na następny
    I reakcje Jemsa fajnie by było jakby rozdział był z jego perspektywy

    OdpowiedzUsuń
  2. Ogólnie mi się podoba, choc musze podzielić sie jednym zastrzeżeniem. Otóż Deneruje mnie, ze tak często dajesz krótkie fragmenty, człowiek nawet sie nie wczyta, a Ty juz przeskakujesz do następnego bohatera. Owszem, czasem jest to ok, po to by nie zdradzać za dużo itd., ale np.przez to wątek z Peterem dość dużo stracił, gdyby był bardziej całościowo, to człowiek by sie wczuł w jego smutna sytuacje... Ale akurat Remus ma racje, Ze najlepsze, co moze zrobić, to spróbować zając sie żywymi. Podobnie było we fragmencie Alice z Frankiem, wlasciwie nigdy nie napisałaś dłuższego fragmentu, w którym mozna by sie wczuć w relacje miedzy nimi, wiec owszem,czytelnik cieszy sie, ze sa oni razem i najwyraźniej dobrze sie dogadują, ale bez większych uciech. No i nadal czekam na wiecej Syriusza ;). Nie mam za to żadnych zastrzeżeń co do wątku Lily i Jamesa,moze oprócz takiego,ze chciałabym wiecej myśli Pottera. Muszę przyznać, ze mnie także zaskoczyła jego dorosłość i to ze nie pospiesza Lily. Nie wiem, czemu ja przeraża perspektywa, ze ktos mógłby się jej spodobać. Ale coz, te patronusy mówią chyba same za siebie ;). Ładne zakończenie rozdziału :D z niecierpliwoscią czekam na cd :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mogę już płakać ze szczęścia? Umierać z rozkoszy? Bo ten fragment o Patronusach... Czekałam na to! <3 *szkoda tylko, że taki krótki... I że nie było to wspomnienie związane z Jamesem, ale wybaczam, i tak jest cudowny* Kocham, kocham, kocham!
    Co do długości fragmentów, to zgadzam się z przedmówcą - mogłyby być odrobinę dłuższe, ale jako że James i Lily to moje główne obiekty zainteresowania, to specjalnie nie rozpaczam, bo ich fragmenty są wręcz fantastyczne!
    W ogóle pierwsza część, jeszcze z Pokoju Życzeń... Jak miód na moje serce! Jak dla mnie idealnie opisałaś to, co działo się wewnątrz panny Evans. I to "wrócę" - piękny, subtelny znak, że ona już podświadomie wie, jak wiele Potter dla niej znaczy. Kochane słodziaki dwa <3
    Co jeszcze... Huncwoci i książki? Diametrialna zmiana! ;)
    Jeśli poprzedni rozdział był dobry, to ten wręcz cudowny! Akcja toczyła się bardziej wartko, było uroczo i... Przede wszystkim słodko. Ale dziwny trafem nie przeszkadza mi to!
    Już nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału! :D

    Pozdrawiam,
    zakochana bezbrzeżnie w tej opowieści Cecily

    PS. Tym razem rozdział w wyznaczonym terminie, a ja znowu opóźniona! :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PPS. Ta notka w Informacjach... Totalnie zrobiła mi dzień! Dziękuję! Nie kazałaś mi długo czekać <3

      Usuń
  4. Cześć!
    Nigdy za tym irracjonalnym uciekaniem Evansówny nie przepadałam, ale tym razem przynajmniej nie wybiegła od razu... A James był taki uroczy, po prostu wspaniały! I jak tu go nie kochać?
    Mam wrażenie, że Lily niespecjalnie pomogła Peterowi w wypracowaniu, bo tyle mógł się dowiedzieć u nauczyciela, a za to dzięki niej może coś posunie się w sprawie Annabeth. Ciekawy wątek, ale w czasach Roweny nie mogło być aparatów! W końcu to średniowiecze, nawet dla czarodziejów. Powinnaś wymyślić coś innego.
    U Alicji i Franka sielanka, zniebyt mądra, niezbyt inspirująca, ale niech się sobą cieszą ;)
    Podoba mi się, że uczyniłaś z Petera bohatera oddzielnego wątku. Mam nadzieję, że tak szybko go nie zakończysz i będziemy mieli okazję poczytać o nim więcej.
    Nie wydaje mi się jednak, żeby jakikolwiek nauczyciel wprowadził do programu Zaklęcie Patronusa. Pamiętasz, jak w Wizengamocie zdziwili się, że Harry potrafi go wyczarować? Jak wiemy, niewielu potrafiło, nawet dorośli. Dlatego ta lekcja to mocno naciągany wątek. Nie mówiąc już o tym, że zarówno Lily jak i Jamesowi udało się wyczarować cielesne Patronusy... Ja rozumiem, że fakt, że ich Patronusy do siebie pasowały, jest bardzo kuszący dla kogoś, kto pisze opowiadanie Jily. Ale na pewno nie powinien się pojawić na etapie, kiedy są jeszcze w szkole i na pewno nie na zwykłej lekcji. Już prędzej na jakichś "tajnych kompletach" jak lekcje, które prowadził Harry.
    Zakończenie było ładne, ale że poprzedził je ten wątek i parę innych, o których wspomniałam, wydaje mi się, że nie przemyślałaś tego rozdziału. Powinnaś dokładniej przekładać swoje pomysły (skądinąd ciekawe i warte opracowania) na realia, które stworzyła Rowling.
    Ciekawa jestem, jak Lily teraz z tego wszystkiego wybrnie. To bo skoro jej serce samo przemówiło za nią, ciężko jej będzie nadal walczyć z uczuciami do Jamesa ;)
    Z pozdrowieniami
    Eskaryna

    OdpowiedzUsuń
  5. Lily jeszcze nie dała odpowiedzi Jamesowi. Może to dobrze, bo przemyśli to sobie. Dobrze że James chce dać jej czas. Teraz widać że ją naprawdę kocha.
    Peter zakochał się w duchu. Rzeczywiście jego sytuacja nie jest ciekawa. Może rzeczywiście lepiej by było żeby o niej zapomniał.

    OdpowiedzUsuń
  6. Zwrócę Ci uwagę na dwie rzeczy. Pierwsza to to, że czasami piszesz bardzo krotkie fragmenty, które... Nie wiem, trochę wkurzają? W sensie bardzo dziwnie to wygląda, kiedy się tak przeskakuje w fabule i trochę niewygodnie to czyta.
    A druga sprawa jest taka, że Patronus był bardzo ciężkim zaklęciem, jak więc po pierwszej próbie udało się i Lily i Jamesowi wyczarować jego pełną postać? Ba, w sumie myślałam nawet, że Lilka będzie miała z tym całkiem duży kłopot, a tymczasem ona sobie wzięła wspomnienie i od tak wyczarowała łanię. No nie wiem...

    OdpowiedzUsuń

Czarodzieje