czwartek, 3 grudnia 2015

13. Król i Lwie Serce


Z dedykacją dla Cecily. Kochana, nawet nie wiesz, ile dla mnie znaczą Twoje komentarze i jak bardzo mnie motywują do dalszego pisania. Dziękuję za to, że jesteś. <3

Lily nie wiedziała, jakim cudem udało jej się na chwiejnych nogach dotrzeć do Hogwartu. Na pewno była to zasługa Matta, który siedział z nią w tej przeklętej gospodzie i pilnował, żeby nie zleciała ze stołka. Nie wiedziała nawet, że kiedy rozstawała się z chłopakiem pod wieżą Gryffindoru, pocałowała go w policzek, po czym, prawie się przewracając, powędrowała do dormitorium. Wypity alkohol po prostu ją ogłuszył i rzucił w słodkie odmęty zapomnienia.
Następnego dnia przyszło jej za to zapłacić. Obudziła się z koszmarnym bólem głowy. Czuła się tak, jakby ktoś wpuścił do środka rój os, które z upiornym brzęczeniem obijały się o czaszkę. Miała wrażenie, że dodatkowo ktoś wali w nią młotem.
Mogła tyle nie pić. W gruncie rzeczy było to nowe doświadczenie; nigdy wcześniej nie zdarzyło jej się spożyć takiej ilości alkoholu.
Rozejrzała się za szklanką wody. Nie znalazła jej na szafce nocnej, chociaż zwykle dbała o to, żeby mieć pod ręką coś do picia. Musiała się powlec do kuchni lub zejść już na śniadanie, choć najchętniej położyłaby się z powrotem.
Ostatecznie narzuciła jednak na siebie jakieś ubrania, rzucając na łóżko piżamę. Zdecydowała, że jeżeli nie zdobędzie eliksiru wzmacniającego, zaraz po posiłku wróci pod kołdrę.
Dorcas i Alice już dawno zniknęły z dormitorium. Najwyraźniej zdążyły zejść do wielkiej sali, nie czekając na przyjaciółkę – może po prostu nie chciały jej budzić.
Faktycznie, dostrzegła je bez problemu przy stole Gryffindoru. One też ją zauważyły i pomachały radośnie. Koło Alice siedział brunet o brązowych włosach tworzących szopę; najwyraźniej rozmowa z dziewczyną całkowicie go pochłaniała. Jego twarz wydała się Lily znajoma.
Z opóźnieniem sobie przypomniała: Frank Longbottom.
A więc to tak, Al, pomyślała.
Za to obok Dorcas było wolne miejsce, zatem Ruda ochoczo się na nie wpakowała. Ignorując pytające spojrzenie przyjaciółki, sięgnęła po wodę, znajdującą się w wysokim dzbanku. Nalała ją sobie do szklanki, rozlewając wszystko wokół. Wreszcie wypiła całą zawartość naczynia. Niemalże natychmiast poczuła ulgę.
Zanim zdążyła sobie cokolwiek nałożyć na talerz, dosiadł się do nich Syriusz. Jego włosy wyglądały, jakby tego dnia nie zdążyły się przywitać ze szczotką, a pod oczami widniały ciemne worki. Mimo to chłopak tryskał humorem i szczerzył się do siedzących naprzeciwko niego Lily oraz Dorcas.
– Jak się udała randka, Evans? – zagadnął, biorąc tosty i smarując je marmoladą.
– Wprost cudownie, Black. Za to ty wyglądasz, jakbyś się przez całą noc całował – odparła z uśmiechem.
– Nic dziwnego, Evans, skoro to robiłem.
– Tak jak myślałam – westchnęła Ruda, bez większego apetytu mieszając łyżką w owsiance.
– Rozchmurz się, Evans, też w końcu znajdziesz drugą połówkę. – Spróbował ją pocieszyć, lecz z marnym skutkiem.
– Zaczynam myśleć, że w moim przypadku to niemożliwe – mruknęła. – Kiedy wreszcie udaje mi się pójść na prawdziwą randkę, po raz pierwszy w życiu upijam się jak nieboskie stworzenie. Czy można bardziej przegrać życie?
Podsłuchująca rozmowę Dorcas prychnęła z niezadowoleniem, lecz Lily nie zwróciła na nią większej uwagi, zajęta tworzeniem skomplikowanych wzorków z płatków owsianych.
– Za mało w siebie wierzysz, Evans. – Syriusz ze smakiem spałaszował jajecznicę i zabrał się za wylizywanie talerza.
– Klękajcie narody, specjalista przemówił! – zadrwiła Lily.
Spojrzał na nią, nie rozumiejąc, co miała na myśli.
– Nieważne. – Machnęła ręką i odeszła od stołu, nie chcąc ciągnąć tej bezsensownej dyskusji. Uznała, że powrót do ciepłego wyrka będzie dużo lepszym rozwiązaniem.
– Chyba jest wyjątkowo nie w sosie – skomentował ze zdziwieniem Łapa.
– Dziwisz się? Upiła się wczoraj. – Dorcas wbiła w niego swoje nieustępliwe spojrzenie.
– Poczekaj… Jak to się upiła?!
Zupełnie się tego nie spodziewał.
– Normalnie – odparła brunetka ze złością. – Nie mam pojęcia, jak to się stało, nie jestem jej matką. To nie ja byłam z nią wtedy w Hogsmeade, tylko ten cały Matt. Miałam lepsze rzeczy do roboty.
Prawda była taka, że dziewczyna spędziła cały dzień w czarodziejskiej księgarni, filii „Esów i Floresów”, oraz w „Miodowym Królestwie”, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Obie jej przyjaciółki poszły na randki, a ona została sama. Nawet obiekt jej westchnień bawił się ze swoją dziewczyną, ona miała za towarzystwo tylko własną gorycz.
– Jest gorzej niż myślałem – westchnął.
– Nie rozumiem cię, Black.
– Evans i Potter muszą się zejść – wyjaśnił cicho.
– Mówisz tak, jakby od tego zależało twoje życie. 
– Może i zależy, Meadowes, to nie twoja sprawa. Musisz mi pomóc.


Choć pogoda za oknem nie nastrajała optymistycznie, nie tracił rezonu. Padał deszcz, ciężkie, burzowe chmury już od kilku dni wisiały nad błoniami. Nad jeziorem osadziła się mgła, zasłaniając również chatkę Hagrida, Zakazany Las i boisko do quidditcha. Było ciemno i ponuro, zanosiło się na burzę. James miał nadzieję, że jakimś cudem się rozpogodzi i gdy wsiądzie na miotłę, nie będzie musiał walczyć z deszczem.
– Wprost wymarzone warunki do gry – skomentował ironicznie Syriusz, widząc, że Rogacz już wstał.
– To mnie pocieszyłeś, stary, dzięki – stwierdził zniechęcony James, ściągając piżamę i przebierając się w mugolskie, dresowe ubrania. Nie widział potrzeby zakładania szaty szkolnej, skoro nie było tego dnia lekcji.
– Daj spokój, wiesz, że i tak zetrzecie Krukonów na puch. – Łapa wyszczerzył się od ucha do ucha.
– Przy tej pogodzie to może być lekko problematyczne – odpowiedział smętnie. – Chodźmy na to śniadanie, zaraz skonam z głodu.

Tak jak podejrzewał, pogoda zdecydowanie nie dopisywała. Boisko przemieniało się powoli w bagno, było rozmiękłe i tworzyło się na nim błoto. Deszcz ciągle padał, burzowe chmury kłębiły się nad trybunami, i nie pomagało nawet zaczarowanie sobie okularów, żeby omijały je krople. Dodatkowo nieco powyżej słupków rozpoczynała się gęsta mgła, co znacznie utrudniało odnalezienie znicza, zwłaszcza jeśli by wleciał w tę gęstą owsiankę. James miał ochotę przeklinać. Pocieszała go jedynie świadomość tego, że szukający przeciwnej drużyny będzie miał podobne problemy, co on.
Ledwie wyszedł na boisko, już całkowicie przemókł. Ledwie oderwał się od ziemi; miotle chyba też nie podobała się paskudna pogoda. Szybko stracił z oczu kafla, nie widział nawet tłuczków, nie mówiąc już o złotym zniczu. Równie dobrze mógłby się utopić w tym błocie, pomyślał. Wcale by mnie to nie zdziwiło.
Jedynie głos komentatora, Alexandra Jordana – chyba obecnie jedynej osoby wiedzącej, co się dzieje, kto, co i dlaczego – pozwalał mu się orientować w grze.
Ta pogoda się nie nadaje do grania!
Ogarnęła go złość, gdy krople spływające po jego twarzy całkowicie zasłoniły pole widzenia. Szybko przetarł oczy i osuszył zaklęciem okulary, po czym ponownie rozejrzał się po boisku. Niewyraźne, zamazane sylwetki szybowały pod nim, poruszając się w całkowicie niezrozumiały dla niego sposób, gdyż nie widział piłki. Nie widział nawet szukającego Krukonów. Nie widział znicza. Nie widział zupełnie nic.
Przydałby się parasol latający nad wszystkimi graczami… Albo jeden wielki, gigantyczny, osłaniający całe to pole do gry.
Silny podmuch wiatru sprawił, że prawie zleciał z miotły. Na swoje szczęście zdołał się utrzymać. Podleciał jednak zbyt wysoko, znalazł się we mgle, wilgotnej, nieprzyjemnej. Wzdrygnął się, czując przebiegający po plecach dreszcz. Skierował miotłę w dół, by spikować i jak najszybciej się wydostać z piekielnego rejonu.
– Trzydzieści do pięćdziesięciu dla Ravenclawu!
Powitał z ulgą głos Alexandra oraz widok zalanych trybun i graczy, których nawet nie mógł rozpoznać. Desperacko się rozejrzał, wypatrując złotego błysku. Wiedział jednak, że znicz musiałby podlecieć na odległość kilku cali, żeby mógł go zauważyć.
A oni się dziwią, że nie lubię grać w deszczu!
Wiedział, że gdzieś tam na zimnych ławkach siedzą jego przyjaciele i wraz z innymi dopingują drużynę Gryffindoru. Ale przynajmniej mają parasole i ciepłe kurtki… A oni muszą moknąć!
Merlinie, co za kicha.
Na wysokości połowy słupka Gryffindoru dostrzegł złotą kulkę. Zamrugał, upewniając się, że mu się nie przywidziało. W tej pogodzie jednak nie można było być niczego pewnym.
– Sześćdziesiąt do pięćdziesięciu dla Ravenclawu! – wykrzyczał Jordan, skacząc z ekscytacji. James już wyraźnie widział znicza okrążającego słupek. Złapał go, balansując na miotle. 
Nie widział za to nadlatującego w jego kierunku tłuczka.


– Myślisz, że nic mu nie będzie?
– To prawdziwy cud, że się tam nie zabił!
– Wszystko dzięki tej małej… Kto inny byłby w stanie w taką pogodę wybiec na to przeklęte boisko i wykrzyczeć zaklęcie?
– No, tylko ona była na tyle przytomna, żeby to zrobić…
– Nikt inny na to nie wpadł.
– Nikt inny nie zareagował wystarczająco szybko, Syriuszu. Nie wszyscy go widzieli, inni nie wiedzieli, co robić…
– Niby błoto by załagodziło upadek… Ale na Merlina, to duża wysokość! Nawet nie chcę myśleć o tym, co mogło się stać!
– To nie myśl.
Powoli rozkleił powieki, czując się strasznie ociężale. Głowa pulsowała, jakby ktoś wpuścił do niej setkę galopujących hipogryfów, całe ciało piekło. Nie widział wyraźnie pochylających się nad nim postaci, dopiero gdy ktoś litościwie podał mu okulary po jego nieudanej próbie odnalezienia ich na szafce, zaczął rozróżniać poszczególne osoby.
– Jak się czujesz? – zapytała serdecznie pielęgniarka, pachnąca medykamentami. Trzymała w ręce eliksir oraz łyżkę.
– Okropnie – mruknął, krzywiąc się. – Co się stało?
– Stary, oberwałeś tłuczkiem – powiedział ze współczuciem Syriusz. – To naprawdę okropnie wyglądało. Złapałeś znicz, potem cię rąbnęła ta kula i spadłeś z miotły.
– To by wyjaśniało, dlaczego czuję się, jakbym zamienił się w placek – jęknął, przyłożywszy dłoń do czoła. – Musiałem mocno uderzyć w ziemię. Cud, że jeszcze żyję.
– Właściwie to nie uderzyłeś – powoli stwierdził Remus, uprzedziwszy Łapę. – Lily wbiegła na boisko. Rzuciła na ciebie zaklęcie locomotor. Potem cię przetransportowali na nosze i przenieśli tutaj…
– Lily Evans? Ta Lily Evans? – upewnił się.
– A jest w Hogwarcie jakaś inna Lily Evans? – spytał ironicznie Syriusz. – Czekaj, niech no pomyślę… Nie, nadal sobie nie przypominam.
– Dlaczego to zrobiła?
– Nie wiem, nie jestem jasnowidzem i nie siedzę w głowie Rudzielca – zirytował się. – Spytaj ją o to.
– Panowie, proszę nie denerwować pacjenta! – wtrąciła się pielęgniarka, nie pozwalając Jamesowi się odezwać. – Proszę, wypij, to eliksir słodkiego snu. Musisz dużo odpoczywać. Może i nie uderzyłeś o ziemię, ale i tak solidnie dzisiaj dostałeś. Jak nie klątwy, to tłuczki, co dzisiaj ta młodzież wyprawia! – Pokręciła głową. – Koniec odwiedzin na dzisiaj, proszę przyjść jutro!
Wygoniła za drzwi jego przyjaciół, po czym wróciła. Stała przy jego łóżku, dopóki nie wypił całej porcji eliksiru. Nie smakował najgorzej. Brał już w życiu gorsze świństwa, więc nic nie mogło zrobić na nim wrażenia.
Przynajmniej zaraz po zażyciu wywaru zapadł w mocny sen, bez żadnych koszmarów.


– Hej, Evans! EVANS!
Naprawdę miała nadzieję, że będzie mogła go unikać aż do przerwy świątecznej, a najlepiej to aż do końca roku. Wiedziała, że zachowuje się jak tchórz – znowu – ale nie miała ochoty się tłumaczyć, dlaczego uratowała mu życie, wybiegając wówczas na ubłocone boisko. Prawie się wówczas przewróciła, tylko cudem złapała równowagę, ale wtedy nie to się liczyło najbardziej. Trzymała kurczowo w dłoni różdżkę, by trzęsącym się głosem wypowiedzieć zaklęcie. Musiała je powtórzyć, wykrzyczeć, żeby z cholernego patyka wyleciał wreszcie snop złotego światła i zatrzymał Jamesa w powietrzu, a później łagodnie go opuścił na ziemię. Nawet nie wiedziała, że się trzęsie, kiedy obok niej przebiegali nauczyciele oraz inni członkowie drużyny Gryffindoru i tłoczyli się obok nieprzytomnego chłopaka. Zabrali go szybko do skrzydła szpitalnego, a ona nie zrobiła nic, nic, po prostu stała jak słup soli, nie mogąc się ruszyć. Dopiero ktoś – Al? – zabrał ją stamtąd, z zimnego boiska, na które nieprzerwanie lał się deszcz, podczas gdy ona sama płakała, nic nie widząc i dając się bezwolnie ciągnąć w stronę zamku.
Nie mogła się uspokoić jeszcze przez długi czas; wspomnienie z tego popołudnia ciągle kołatało się w jej głowie.
Co by zrobiła, gdyby coś mu się wówczas stało? Gdyby, nie daj Merlinie, umarł?
Nie, nie mogła o tym myśleć.
Choć od tamtej soboty minął już tydzień, nadal nie wiedziała, dlaczego wybiegła na to boisko. Oczywiście, nie żałowała – po prostu nie wiedziała, co zmusiło ją, właśnie ją, do tego, by to zrobić, podczas gdy wszyscy jak skamieniali obserwowali jego upadek. Nikt nie zareagował, nikt się nie ruszył! Miała siedzieć bezczynnie?
Nie mogłaby, nawet gdyby chciała.
Była Lwim Sercem, zdobyła się na prawdziwą gryfońską odwagę, która niedługo później ją opuściła.
Wolała jednak, żeby nikt nie rozpowiadał jej roli w uratowaniu chłopaka. Miała nadzieję, że się nie dowie. Tak byłoby lepiej.
Chyba jeszcze po prostu nie była gotowa, by stawić czoła dziwnemu uczuciu, które znalazło sobie miejsce w jej serduszku i uwiło tam przytulne gniazdko.
Gdy ją zawołał na korytarzu, zmusiła się do tego, by stanąć i się do niego odwrócić.
– Chciałeś czegoś, Potter? – spytała najbardziej przymilnym tonem, na jaki było ją stać. Objęła mocniej książki, chcąc ukryć drżenie rąk.
– Masz chwilkę? Chciałbym pogadać. – Wyglądał na poważnego. W jego głosie nie pojawiła się zwyczajowa drwina ani choć cień żartu. Patrzył na nią uważnie, oczekując odpowiedzi.
Bardzo chciała odpowiedzieć „nie”.
– Chciałam napisać esej dla Slughorna… Ale chwilkę chyba znajdę, jeśli to coś pilnego – odparła szybko.
– Tak. Dziękuję. Chodź, wolałbym porozmawiać z tobą gdzieś na osobności.
To źle wróżyło…
– Pokój Życzeń? – zaproponowała szybko.
Spojrzał na nią ze zdziwieniem; zapewne nie sądził, że wiedziała o istnieniu tej komnaty.
– Może być. – Przytaknął. – Chodźmy.


Pokój Życzeń wyglądał inaczej niż ostatnim razem, gdy go odwiedzała. Wówczas wyglądał bardziej jak biblioteka, ponieważ poszukiwała spokojnego miejsca do nauki, gdzie nikt nie będzie jej przeszkadzał. Zazwyczaj to się sprawdzało. Teraz jednak były w nim same kolorowe poduszki, jakieś roślinki w dużych, brązowych donicach, kryształowe żyrandole wiszące pod sufitem – i wreszcie okno z widokiem na zamglone błonia. Idealne miejsce do przeprowadzenia prywatnej rozmowy.
Lily usiadła na jednej z poduszek, białej w niebieskie paski. Odłożyła książki na podłogę, by w zamian za to wziąć inną poduszkę, niewiele mniejszą od jej samej. Mogła się do niej przytulić i w pewien sposób schować.
– O czym chciałeś ze mną porozmawiać? – spytała, kiedy James rozsiadł się naprzeciwko, wbijając w nią swój poważny wzrok.
– Już drugi raz uratowałaś mi tyłek – stwierdził.
– To nic takiego…
– Nie skończyłem jeszcze – przerwał jej zdecydowanie. – Mam u ciebie dług, którego chyba nigdy nie zdołam spłacić, bo nie wiem, co by się stało, gdyby nie ty. Naprawdę. Więc nie zaprzeczaj i nie mów, że to nic takiego. Dziękuję, Lily.
Przez chwilę milczała, przetrawiając jego słowa. Brzmiały zaskakująco dojrzale, jakby wymawiał je Potter-mężczyzna, a nie Potter-nastolatek. Nie tego się spodziewała, gdy tu szła.
– Zmieniłeś się – powiedziała wreszcie.
– Uznam to za komplement. – Uśmiechnął się szeroko; przez chwilę widziała znowu szczwanego rozrabiakę, szybko jednak spoważniał. – Jak myślisz, na lepsze czy na gorsze?
– Zdecydowanie na lepsze – mruknęła cicho.
– Co ta szkoła robi z ludźmi – stwierdził rozbawiony. – Chociaż w sumie źle to powiedziałem. Co to zakochanie robi z ludźmi.
Nie, nie, nie. Nie! Nie była gotowa na tę rozmowę!
– Zakochanie? – spytała, domagając się wyjaśnienia.
– Mmm. Tak. Wiesz – zniżył głos – jest taka osóbka, którą kocham nieprzerwanie od kilku lat. Zabawne, nie? – Rozłożył ręce. – I ta osóbka sprawiła, że dorosłem. Tak myślę.
Wcale jej nie było do śmiechu. Mówił o niej czy o kimś innym? Nie wiedziała, co gorsze. Nie wiedziała, co powiedzieć. Nie wiedziała nawet, jak powinna zareagować.
Tymczasem James leniwie wyciągnął z kieszeni swojej czarnej szaty różdżkę i przez chwilę obracał ją w palcach, nie spuszczając wzroku z Rudej.
Flagrate – szepnął.
W powietrzu natychmiast posłusznie pojawiły się ogniste litery:

I LOVE YOU, LILY EVANS.

11 komentarzy:

  1. Awwwwwwww. Rozpływam się nad końcówką, więc nie napiszę pewnie nic więcej oprócz tego, że na miejscu Lily też nie miałabym pojęcia, jak się zachować. Chyba pierwszy raz zaloty Pottera nie przyprawiają mnie o ból głowy, ba - sama bym się na nie złapała. Pięknie.
    A, i bardzo ładny wystrój. Święta, święta!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie wiedziałabym, jak się zachować, ale prawdopodobnie zachowałabym się dokładnie tak samo jak Lily - a co ona zrobiła, okaże się już niedługo. ;)
      Cieszę się bardzo, że się podoba!
      Pozdrawiam ;3

      Usuń
  2. AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA. Ten rozdział jest taki piękny ! ale z Ciebie klamczucha, jak moglas mi pisać, że nie umiesz Tak pieknie opisalas to spotkanie Lily i jamesa. Jakze sie cieszę, ze dziewcyzna nie straciła głowy i uratowala mu życia. I jakże dobrze, że James wlasnie w taki sposób, poważny, lecz pelen emocji widocznych w oczach. poprosil ja o rozmowę. Dobrze, ze sie zgodzila! ale jakże by nie nmogła, nawet ona... To naprawdę piękne, jak wyczarował dla niej ten napis. I choć bardzo chciałabym wiedziec, jak zareagowala na to Lily, to tak sobie mysle, że wlasciwie nie ma to większego znaczenia. Bo ta chwila na zawsze pozostanie idealna dla nich dwojgva. NO i Syriusz ma rację, że powinni byc razem. Dziwne, ze proponuje Dorcas wspołprace w tym zakresiel. Zastanawiam sie, czy to nie w nim Meadowes jest zakochana. Biedna, bo na moj gust to Willow pasuje do Łapy. Choc własciwie niestetgy za dużo o ich zwiazku nie piszesz, mam nadzieje, że to zmienisz. No i brakuje mi tez troche zainteresowania Lily jej przyjaciołkami, powinna wiedzieć wczesniej o tym, że Alice jest z Frankiem ;). Zapraszam serdecznie na nowość na zapiski-condawiramurs.blogspot.com - przed chwileczką ją dodalam. Jestem bardzo ciekawa Twojej opinii.
    Naglówek cudo xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale nie kłamię, bo to prawda jest, ale ten rozdział mi się akurat podobał - to cud jak na mnie. :D Lily w zasadzie zrobiła to odruchowo, nie zastanawiała się nawet nad tym, co robi, po prostu wybiegła na to boisko i rzuciła zaklęcie. Jasne, że się denerwowała, ale kto by w takie sytuacji się nie denerwował. :D Co zrobi Lily - zachowa się jak prawdziwa łania. Ale ciiiii, o tym w kolejnym rozdziale. :D Parowanie Syriusza z kimkolwiek w zasadzie tutaj nigdy nie było moim priorytetem, ale jeszcze się wszystko okaże. :) Hehehs, powinna, ale była zbyt rozkojarzona, żeby się skapnąć, że to właśnie Frank Longbottom. :D
      Pozdrawiam! :D

      Usuń
  3. Posłusznie czekam do 5, a tu co - rozdział jest wcześniej! I oto jak w życiu niczego nie można być pewnym ;)
    Z całego serca dziękuję za dedykację! Po raz pierwszy mi się zdarzyło, by ktokolwiek mi cokolwiek zadedykował, rozpływam się ze szczęścia! I to w dodatku tak cudowny rozdział o wdzięcznym numerze 13 i pięknym tytule! <3
    Właśnie, a propos tytułu - jak usiłowałam go zinterpretować, to tylko James i Lily mi przychodzili do głowy i właśnie udowodniłaś, że idealnie pasują do tych nazw!
    (Za dużo myśli chodzi mi po głowie, dlatego ostrzegam - moja wypowiedź może być niespójna!)
    Akcja toczy się mam wrażenie trochę wolniej, mniej wartko niż zwykle, ale jakoś nie przeszkadza mi to straszliwie, bo to, co się tu wydarzyło, wynagradza mi wszystko ^^
    Mam wrażenie, że im bardziej James jest dojrzały, tym Lily bardziej szalona. Napierw "rogaty wyczyn", teraz upicie się... No no, nasz rudzielec szaleje! Wiedziałam, że ten Matt to samo zło i zero odpowiedzialności :P
    Alice i Frank! Moje misiaczki kochane znów razem! Dorcas i Syriusz - patrząc na ich charaktery, to będzie ciekawa współpraca! Hihi, nie mogę się doczekać! I Alexander Jordan - widzę, że bycie komentatorem quidditcha to profesja rodzinna ;)
    A teraz najważniejsze - LILY I JAMES. Kocham ich całą moją duszą, są dla siebie stworzeni! Mam nadzieję, że po scenie z Pokoju Życzeń Lily wreszcie to zrozumie! Chociaż... Myśle, że już tak naprawdę wie. Po tym, jak uratowała życie Potterowi... I dotarło do niej, że mógł zginąć, po czym jej pierwszą myślą było, jak ona by z tym żyła? Coś świta w tej upartej główce :D
    A ten płonący napis... Myślę, że to było nawet bardziej romantyczne niż gdyby James wypowiedział te słowa. Jakby (chyab po raz pierwszy w życiu :P) nie był na tyle pewny siebie, no i oczywiście reakcji Lily, by powiedzieć to na głos, jakby bał się obnażyć swoje uczucia... Chodź, mój słodki Rogaczu, niech cię wyściskam! *tak właśnie się rodzą idealni mężczyźni, którym żadni prawdziwi nie dorównają...*
    Znając życie, Evans będzie się jeszcze zastanawiać (bo to w końcu Evans, czego innego można się spodziewać), ale ja na jej miejscu nie wahałabym się dłużej, szczególnie po wcześniejszej wymianie zdań... I pewnie odpowiedziałabym w podobny sposób - albo takim napisem (bo mam wrażenie, że to moment, w którym mowa tylko przeszkadza), albo... O MERLINIE. Kiedy pokażesz jej patronusa? TO BY BYŁO IDEALNE. Chociaż za łatwo wszystko by się rozwiązało, ale pomarzyć mogę :P
    Przepraszam, rozpisałam się bez ładu i składu... Ale jak mam pisać po takim rozdziale? I prawie o drugiej w nocy? Nie da się inaczej! ;)

    Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział! Tu zostawiłaś nas w takim zawieszeniu - co zrobi Lily? Jak zareaguje? Ach, nie mogę sie doczekać, kiedy się dowiem! I jeszcze jedno - cudny wygląd bloga! Taki uroczy, świąteczny... A Huncwoci w wydaniu świątecznym to już w ogóle cud, miód i radość!

    Pozdrawiam,
    pełna zachwytu Cecily

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS. Dopiero teraz zauważyłam, jaką epopeję ci strzeliłam w komentarzu... Żem się rozpisała :P

      Usuń
    2. Bo ja zwykle dodaję rozdziały albo idealnie w wyznaczonym dniu, albo troszkę wcześniej... A ten rozdział baaaardzo chciałam opublikować już teraz, zaraz, więc tak wyszło. :D
      Cieszę się, że się cieszysz, serio-serio! :3 Tylko za bardzo się nie rozpłyń! :D
      Oczywiście, że tylko oni do tego tytułu pasują, James jest idealnym królem, czempion quidditcha, najbardziej rozpoznawalna osoba w całym zamku... A Lily to Lwie Serce, w końcu wykazała się gryfońską odwagą i go uratowała. :3
      (Nie szkodzi, uwielbiam czytać takie komentarze <3)
      Potem przyspieszy, zapewniam. Będzie aż odwrotnie, chyba popędzę za bardzo do przodu. xD Ale to konieczność. :c
      No jak tu nie oszaleć, sama przyznaj... :P Matt nie miał złych intencji, po prostu pozwolił jej się upić, bo widział, że ma na to ochotę. Jedyny błąd z jego strony polegał na tym, że w porę jej nie zatrzymał. xD
      Gołąbeczkami to dopiero będą, mmm! Tak, właśnie w taki sposób myślałam o komentowaniu meczy - w końcu ojciec Jordana też musiał być w Hogwarcie, i to mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Huncwoci. ;)
      Hehehehehs, Lily jeszcze długo będzie miała rozkminę na ten temat, ale ciiiiiiiiiiiiiiii, bo zaspoileruję, a tego chyba nie chcemy! :D
      No jakoś tak uznałam, że ten napis znacznie bardziej zapadnie w pamięć niż wypowiedziane słowa... I ostatecznie się okazało, że to zajebiście pasuje, zwłaszcza że na początku roku uczyli się, jak wyczarować te literki - już wtedy wiedziałam, że to się tak skończy. xD *tak bardzo pisanie do przodu*
      Heheheheheheheeheheheheheeheheheheheeheheheh, ja nic nie mówię. NIIIIIIIIIIC nie mówię. NIC A NIC. (A tak naprawdę to ze mnie prawdziwa trąba jerychońska...)
      Cieszę się, że się cieszysz, naprawdę, to wiele dla mnie znaczy! :D
      PS Nie szkodzi, absolutnie! Zawsze się cieszę jak głupia, gdy coś takiego widzę :D
      PPS TAK. <3

      Pozdrawiam,
      zamarzająca Katja <3

      Usuń
  4. Lily uratowała Jamesowi życie. To oznacza, że James musi coś dla niej znaczyć. Może po tej rozmowie zmieni do niego stosunek i będzie z nim normalnie rozmawiać, a to doprowadzi do związku.

    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko się okaże! :D

      Pozdrawiam,
      Kat

      Usuń
  5. Cześć.
    No proszę, kac-morderca u Lily :) Współczuję. I tak dobrze, że była w stanie przełknąć śniadanie.
    Plan połączenia Lily i Jamesa autorstwa Blacka brzmi obiecująco.
    Nawet nie wyobrażam sobie jakiejkolwiek aktywności w taką pogodę. To nie mogło się dobrze skończyć i całe szczęście, że Evans była na tyle przytomna, że uratowała szanowny tyłek Pottera. W dodatku dało jej to do myślenia.
    Bardzo podobały mi się myśli Lily podczas rozmowy w Pokoju Życzeń. Były takie naturalne! I jeszcze ta słodka końcówka. Nie jestem przekonana, że nagła zmiana języka opowiadania była dobrym pomysłem, ale sam fakt, że coś takiego miało miejsce, był uroczy i bardzo jestem ciekawa, jak dalej potoczyła się ta nietypowa rozmowa.
    Z pozdrowieniami
    Eskaryna

    OdpowiedzUsuń

Czarodzieje