sobota, 15 sierpnia 2015

5. Co widziały oczy Szczura

James opadł na miejsce koło Syriusza, ze zniechęceniem wpatrując się w kulki stające jedna na drugiej i balansujące tuż przy lewej ścianie klatki. Pokrzykiwały piskliwie ze zniecierpliwieniem, pewnie były głodne. Oni jednak nadal nie mieli żadnego pomysłu, jak i czym je nakarmić, a wszelkie próby wyprowadzenia stworzonek na spacer skończyły się przepaleniem rzemieni, którymi chcieli je przewiązać. Podobnie skończyła wsuwana do środka pasza dla koni, z niewiele lepszym przyjęciem spotkały się jabłka, które jedna z dziergatek ugryzła, owszem, ale tylko po to, by zaraz wypluć zjedzony kawałek na ziemię i ze skrzekiem podeptać.
Kiedy Hagrid wrócił do swojej chatki, mamrocząc coś pod nosem, Syriusz poważnie zaczął zastanawiać się nad wrzuceniem do klatki szczurzego mięsa.
– Jeżeli wymrą z głodu, nasz szlaban zostanie skrócony? – spytał z nadzieją.
– Daj spokój, McGonagall wyraźnie powiedziała, że mamy je utrzymać przy życiu – mruknął smętnie James, rzucając kamykami. – Ciekawe jak, skoro nawet Hagrid nie wie, co one jedzą.
– Dobra, chłopaki, wracajcie do zamku, nic tu po was. Wysłałem sowę do starego Zonka, zobaczymy, co odpisze. – Gajowy Hogwartu uśmiechnął się do nich pokrzepiająco, stając na schodkach swojego domku. – Coś na pewno żrą. Wróćcie jutro.


Następnego dnia sytuacja dziergatek wcale się nie polepszyła. Hagrid w dalszym ciągu nie otrzymał odpowiedzi od Zonka, a James i Syriusz usiłowali wcisnąć stworzonkom dynie, śliwki i korzonki pędów. Żadnego z tych pokarmów jednak nie przyjęły, wyraźnie złe. W efekcie spopieleniu uległa również trawa dookoła klatki. Co gorsza, jedna z kulek wyraźnie nie miała siły na to, żeby wstać z ziemi; jedynie leżała, wywiesiwszy z pyska swój ogromny, różowy język. Dyszała ciężko, trzęsąc się jednocześnie.
– Chyba z nią nie za dobrze – mruknął Syriusz.
– Mnie to mówisz?! Jeżeli zemrze, będziemy mieli przerąbane! – odkrzyknął James. Chodził w kółko, wydeptując ścieżkę równolegle do jednej ze ścian domku Hagrida. Kopnął z wściekłością leżący na jego drodze kamień. – Mają tu przybyć ludzie z ministerstwa i jeżeli zobaczą, że choć jedna z nich zginęła śmiercią nienaturalną…
– Nie kończ.
– No właśnie.
– Głęboka, czarna dupa. A moja randka czeka…
– Na Merlina, Łapo, grozi nam wywalenie ze szkoły przez to pierzaste coś, a ty o randkach gadasz?! Przecież sam wpadłeś na pomysł, żeby je kupić i przemycić do Hogwartu ukrytym przejściem! No to teraz też wykaż się mądrością i coś wymyśl! – wybuchnął Rogacz.
– Żeby to było takie proste…
James tylko machnął ręką w odpowiedzi, zbyt zdenerwowany, by się dalej kłócić.


Lily lubiła chodzić do biblioteki. Podobało jej się tam nie tylko dlatego, że mogła się w spokoju pouczyć, bez towarzystwa panującego ciągle w pokoju wspólnym rozgardiaszu, ale głównie z powodu atmosfery. Uwielbiała zapach starych książek, których wiele stało w równych rzędach na półkach. Kiedy przesuwała palcem po ich grzbietach, czuła przebiegający po plecach dreszcz. Wiedziała, że nigdy nie będzie w stanie przeczytać wszystkich, mimo wszystko jednak głód wiedzy nie pozwalał jej poprzestać na kilku pozycjach. Zdecydowanie łączyło się to z jej ambicjami i dążeniem do perfekcji. Nie tyle chciała być najlepsza, co po prostu wiedzieć więcej i więcej. Dzięki tej pasji nie miała nigdy problemów z nauką. Zwyczajnie lubiła studiować książki – czy to podręczniki, czy inne, niezwiązane bezpośrednio z przedmiotami wykładanymi w Hogwarcie.
Dzisiaj jednak szukała konkretnych opracowań. Stanęła przed interesującym ją regałem i studiowała tytuły widniejące na grzbietach woluminów. Mrucząc pod nosem, wyciągnęła w końcu trzy z nich. Zabrała je do stolika, po czym wzięła się za przewracanie kolejnych stron. Po chwili z frustracją odłożyła książkę; nie znalazła tego, czego szukała.
– Lily. – Podniosła głowę, słysząc znajomy głos. Tuż przy zajmowanym przez nią stole stał średniego wzrostu chłopak o brązowych, nieco poskręcanych włosach i zielonych oczach, w których błyszczały iskierki. Miał na sobie szkolną szatę z naszywką Gryffindoru, podobnie jak Ruda. Uśmiechał się figlarnie, patrząc na nią; trzymał w ramionach kilka książek.
– Remus! – zawołała z uśmiechem. – Dobrze cię widzieć.
– Uczysz się? – Wskazał rozłożone na blacie książki. – Nie chciałbym ci przeszkadzać.
– Nie, skądże – odparła szybko. – Nie przeszkadzasz, w żadnym razie. Siadaj.
– Ciiiiiiszej. – Koło nich znikąd zjawiła się bibliotekarka, zmierzyła groźnym wzrokiem Lily, po czym odeszła, nawet nie czekając na odpowiedź.
– Kobieta-nietoperz – mruknęła Lily, próbując powstrzymać śmiech. – Pojawia się i znika.
– To prawda. – Remus roześmiał się, gdy zajmował miejsce tuż obok niej. Położył na stole swoje własne książki. – Czego szukasz, jeśli mogę spytać, o pani prefekt?
– Remusie! – Żartobliwie szturchnęła go w ramię. – Nawet tak nie dowcipkuj. Szukam czegoś o tych dziergatkach, które Syriusz i James sprowadzili do Hogwartu. Nigdy o nich nie słyszałam, a James i Syriusz panikują, sam słyszałeś…
– A wiesz, że nie ty jedyna – odparł z zamyśleniem. – Wiem o nich tylko tyle, że wyglądają milusio, a w praktyce potrafią pokazać pazurki.
– Skąd wiesz? – spytała zaskoczona.
– James i Syriusz mówili. – Wzruszył ramionami. – Powiedzieli też, że wydzielają maź, właściwie jad, który wygląda jak krew zmieszana z żywicą. Ponoć substancja ta jest trująca. Ale to w zasadzie nic pewnego. W dodatku chyba się wpakowali w kłopoty – westchnął. – Nie wiedzą, czym nakarmić te stworzenia, a one nie czują się już najlepiej po tych trzech dniach bez jedzenia…
– Mhm – mruknęła, wracając do przeglądania kartek. – Chyba w takim razie trzeba to sprawdzić.
– Daj, pomogę ci – zaproponował Remus. Zgodziła się bez słowa, podając mu trzeci, jeszcze nieprzejrzany tom.
Przez chwilę milczeli, w skupieniu studiując tekst.
– Chyba znalazłam – stwierdziła nagle.
– Jakieś konkrety? – Odłożył tomisko, które sam czytał, i z wyraźnym zainteresowaniem przyjrzał się fragmentowi wskazywanemu przez Lily.
– Tak. Według autorów tego opracowania dziergatki są stworzeniami, które posiadają niezwykle mocno rozwinięty układ nerwowy… Gdy czują się zagrożone, wydzielają jad, który ma właściwości trujące, tak jak mówiłeś. Zostały uznane przez Komisję Do Spraw Nowych Gatunków za niebezpieczne i nieprzeznaczone do domowej hodowli ze względu na zdolność palenia swojego otoczenia. Można jednakże je wytresować. Żyją przeciętnie piętnaście lat i przywiązują się zwykle do jednej osoby, mają też dobrze rozwinięty instynkt stadny… Szczegóły odnośnie ich anatomii już nas nie interesują. – Zamknęła z trzaskiem książkę. – Co ty na to?
– Jest tam coś o tym, czym się żywią?
– Czarne jagody. – Spojrzała na Remusa. – Rosnące tylko w Zakazanym Lesie.
– James i Syriusz są teraz u Hagrida – odparł Remus, pocierając w zamyśleniu podbródek. – Możemy po prostu do nich pójść.
– Chodźmy.



Wcisnął dłonie do kieszeni, pogrążony w swoich rozmyślaniach. Szedł ze wzrokiem wbitym w podłogę. Rzadko kiedy chodził po hogwarckich korytarzach samotnie; zwykle towarzyszyli mu kumple. Teraz jednak nigdzie nie mógł ich znaleźć. Zresztą wcale nie chciał. Potrzebował choć chwili samotności – jakkolwiek dziwne by się to nie wydawało. Zazwyczaj nie znosił tych nielicznych chwil, które spędzał sam. Panicznie się wówczas bał. Tylko w grupie się czuł dobrze, tylko wtedy mógł się czymś wykazać. Potrzebował czyjejś uwagi, zainteresowania, pewności, że w razie czego nie zostanie w pojedynkę. Nie dziwota też, że bardzo mocno wsiąkł w grupkę Huncwotów, nawet jeżeli prawdziwą gwiazdą był nie on, a Potter. James Potter, który zawsze i wszędzie musiał błyszczeć! Za którym oglądały się wszystkie najlepsze dziewczyny w szkole! Którego znali wszyscy! Który był królem każdego meczu quidditcha, w którym grał Gryffindor!
Jakby był lepszy ode mnie, Petera, prychnął w myślach. Nadęty synalek Potterów, który jest bucem i uważa się za mądrzejszego od innych.
Black też nie lepszy. Niby z takiej dobrej rodziny, a jaki idiota… Pasują do siebie z Potterem. Jeden idiota pozna z łatwością drugiego. Co jeden, to bardziej zarozumiały… Dobrali się jak różdżka z właścicielem. Co ludzie w nich widzą?
I ten Lupin. Wiecznie siedzący z nosem w książkach, jakby świata poza nimi nie widział. Popisujący się swoją niesamowitą wiedzą. I, och, nie zapominajmy, wilkołak, który w dodatku jest zbyt niebezpieczny i może zagrozić innym.
Co za wesoła gromadka…
Dlaczego z nimi jeszcze trzymam?
Odpowiedź była prosta, choć sam nie chciał się do tego przyznać: potrzebował ich. Ich oraz akceptacji, którą dawała mu ta przyjaźń – choć z jego strony obłudna. Wyglądało na to, że w dalszym ciągu będzie musiał się z nimi męczyć…
Z impetem wpadł na kogoś. Podniósł wzrok, obserwując, jak potrąconej przez niego dziewczynie wypadają z rąk papiery, które niosła. Niemalże natychmiast spłonął rumieńcem; zawstydził się. Rzucił się, by pozbierać wszystko, co spadło. Nieznajoma zrobiła to samo. Blask pochodni zatańczył na jej długich, brązowych włosach.
– Przepraszam – bąknął Szczur, podnosząc się z klęczek i podając dziewczynie zebrane przez siebie kartki. – Ja… To niechcący…
– Nic się nie stało. – Uśmiechnęła się lekko. – Jestem Annabeth.
Wrodzona nieśmiałość ledwo pozwoliła mu na wydukanie swojego imienia, po czym kazała czym prędzej zwiewać, zostawiwszy nieznajomą samą pośrodku korytarza.
Przebiegł kilka korytarzy z bijącym sercem i pałającymi czerwienią policzkami. Uspokoił się dopiero wtedy, gdy zszedł schodami na drugie piętro, po czym oparł się o ścianę pomiędzy starą, skrzypiącą zbroją a drzwiami od jakiejś klasy. Osunął się na ziemię, zamykając oczy. Przypomniał sobie scenę na korytarzu; miał ochotę wrzasnąć z frustracji, ze zdenerwowania, że nie mógł niczego normalnego z siebie wykrztusić, lecz zwiał niczym tchórz…
– Wiesz, że nikt się nie może o tym dowiedzieć.
– Oczywiście, za kogo mnie masz? Choć doprawdy nie rozumiem, po co robić z tego taki sekret...
Słysząc dobiegające z klasy głosy, Peter zaciekawiony podniósł się z miejsca i przystawił ucho do zamkniętych drzwi. Rozpoznał głos starego Slughorna, ale drugiego już nie mógł zidentyfikować.
– Przezornego Merlin chwali, jak to mówią.
– Ale… ale to jest zgodne z prawem, Lucjuszu! To żadne przestępstwo.
– Nie wnikaj w to – wycedził drugi, dużo zimniejszy głos. – To już nie twoja sprawa, wystarczy, że będziesz robił swoje.
– Oczywiście, jak sobie życzysz.
Rozległy się kroki; jakby jedna z osób znajdujących się w pomieszczeniu zmierzała w kierunku wyjścia. Peter rzucił się w bok, rozpaczliwie poszukując miejsca do ukrycia się. Szybko wskoczył we wnękę znajdującą się po lewej stronie, żałując, że nie wziął od Jamesa peleryny-niewidki. Szybko jednak doszedł do wniosku, że nie będzie jej potrzebował. Przemetamorfozował się w szczura, niewidocznego dla kogoś, kto się nie spodziewał go ujrzeć. Dzięki temu tajemnicza postać o białych włosach minęła korytarz, nie dostrzegając intruza i zamiatając podłogę swoją czarną peleryną.
Przebierając drobnymi łapkami, Peter podążył za nią.


– Proszę, proszę! Któż to wpadł, by nas odwiedzić! Lunatyk i Ruda! – przywitał ich Syriusz, kiedy oboje znaleźli się przy chatce Hagrida. Nie mogli powiedzieć, żeby im się specjalnie spieszyło; całą drogę z biblioteki na błonia przebyli spacerkiem, dyskutując o eliksirach. – My tu czekamy, a oni sobie pogaduszki urządzają!
– Syriuszu, przecież nikt nie kazał wam na nas czekać, to po pierwsze. Nie mamy też przymusu, żeby w jakikolwiek sposób wam pomagać – odparła Lily, uśmiechając się złośliwie. Otuliła się mocniej swoją szatą, robiło się coraz zimniej. Wyminęła Huncwotów i przykucnęła przy klatce z ledwo żywymi dziergatkami.
James zerwał się z miejsca, słysząc słowa przyjaciela. Załopotała jego czarna szata.
– Remusie, stary przyjacielu! Jak dobrze cię tu widzieć – przywitał Lunatyka, obejmując go żartobliwie. – Jesteś moim wybawieniem!
– Jak zawsze, Rogaczu. – Lupin uśmiechnął się, wyswobadzając się z uścisku chłopaka. – Starczy tych czułości. Lily, nie dotykaj ich lepiej… – dodał, widząc, jak panna Evans przeciska rękę przez pręty, by pogłaskać jedną z kulek. Ku jego zdziwieniu jednak, zamiast zionąć ogniem, dziergatka zaczęła się łasić do jej dłoni. W jej czarnych oczach malowała się prośba.
– Są po prostu głodne – stwierdziła dziewczyna.
– Evans, powiedz nam coś, czego nie wiemy – prychnął James, zakładając ręce na piersi. – Może błyśniesz swoją wiedzą i powiesz nam, czym one się żywią, na Merlina?
– Czarnymi jagodami – mruknęła.
– Z Zakazanego Lasu – uzupełnił Remus. Widząc wychodzącego z chatki gajowego, dodał: – Cześć, Hagridzie!
– Remus, Lily! Dobrze was tu widzieć. Jak się macie? – Na jego twarz wypłynął jowialny uśmiech, gdy podchodził do nastolatków. Miał na sobie płaszcz z norek, którego pewnie pozazdrościłaby mu niejedna czarodziejka rozkochana w futrze. Obrazu dopełniały ciężkie buty do kostek i strzelba, którą trzymał w pomarszczonej dłoni. Koło jego nogi pojawił się Kieł, warcząc cicho na widok dziergatek. Gajowy przeczesał palcami gęstą, zmierzwioną brodę, ze zmartwieniem patrząc na kulki łaszące się do ręki Rudej. – Ta strzelba to na zające. Ostatnio ich dużo.
– Całkiem dobrze, Hagridzie – odezwała się Lily. – Czy masz na zbyciu czarne jagody?
– Czarne jagody?
– Sprawdziliśmy z Remusem. Dziergatki żywią się tylko nimi – wyjaśniła, wstając i wyczekująco spoglądając na gajowego.
– Och – powiedział tylko.
– Masz je czy nie? – spytała zniecierpliwiona. Naprawdę nie chciała stać tu dłużej, niż konieczne; bliskość Zakazanego Lasu nie działała na nią optymistycznie.
– Obawiam się, że nie. Może profesor Slughorn będzie je miał… Ciężko powiedzieć – zamyślił się.
– Wydaje mi się jednak, że dziergatki mogą nie wytrzymać do następnego dnia – zwrócił uwagę Syriusz, dotąd niezabierający głosu. – Powinny zostać nakarmione natychmiast.
– I lepiej, żeby Slughorn miał w kredensie czarne jagody – dodała Lily, nieco już zziębnięta. – W przeciwnym razie czeka was wyprawa do Zakazanego Lasu.
– To my z Syriuszem skoczymy po te jagody – zaoferował James. – Tak będzie najszybciej. Znajdziemy je i wrócimy.
– Mam nadzieję, że je przyniesiecie, bo nie będę tu czekać do rana. – Ruda pogroziła im palcem, niecierpliwie tupiąc nogą.
– Oczywiście, Evans.
– Remusie, Lily, wejdźcie do środka. Zrobię herbatkę, bo tu zamarzniecie. Widzę, że się już trzęsiesz, Lily. – Hagrid ruchem ręki zaprosił ich do chatki.
Skorzystali z propozycji, z niemałą ulgą rejestrując, że w środku było ciepło i przytulnie – jak zwykle zresztą.


Co prawda jeszcze nie było ciszy nocnej, ale z pewnością fakt, że dwójka uczniów przynależących do Gryffindoru kręci się przy sali od eliksirów, wydałby się wielu osobom podejrzany, dlatego James i Syriusz wskoczyli pod pelerynkę-niewidkę. O dziwo, obyło się bez większych problemów, kiedy otwierali drzwi klasy i przemykali między ławkami, żeby w końcu dotrzeć do kredensu. Potter wyszedł spod peleryny, po czym przyklęknął przy meblu. Nerwowo zaczął przerzucać zgromadzone na półkach składniki, gorączkowo zastanawiając się, jak właściwie te jagody miały wyglądać poza tym, że były czarne. Kiedy odkrył w końcu koszyczek pełen świeżych owoców leśnych, odetchnął z niemałą ulgą. Zamknął drzwiczki szafki i zanurkował pod pelerynę.
W dobrym momencie, gdyż w wejściu do klasy pokazała się Pani Norris, żółtymi ślepiami lustrując pomieszczenie. James i Syriusz zamarli w bezruchu, starając się nie wydać najmniejszego dźwięku. Potter ściskał w dłoni koszyczek, nie chcąc upuścić go przypadkiem na ziemię.
Kiedy kotka odeszła, prężąc ogon, odważyli się poruszyć. Wyszli na korytarz, wciąż się rozglądając i wypatrując śladów obecności Filcha. Upewniwszy się, że droga wolna, weszli na piętro, gdzie powietrze było już wolne od zgnilizny panującej w lochach. Nie napotykając żadnego nauczyciela, dotarli do drzwi wyjściowych i opuścili zamek, nie wiedząc, że tym samym korytarzem jeszcze chwilę temu biegł Szczur.
Szczur gonił tajemniczą postać, która za zakrętem nasunęła na głowę kaptur. Szła dosyć szybko, sprężystym i energicznym krokiem, nie oglądając się za siebie. Trzymała w pogotowiu różdżkę, Peter dostrzegł, jak szczupłe, niemalże białe palce zaciskają się na drewnianym patyku.
Tajemniczy przybysz wydawał się dobrze znać Hogwart. Bez problemu trafił na właściwe schody prowadzące na niższe piętro, użył nawet skrótu, jednego z tych, o których istnieniu wiedzieli tylko wybrani. Zupełnie jakby tu się kiedyś uczył, pomyślał Huncwot.
Mijane obrazy nie reagowały wrogo, wręcz przeciwnie, zdawały się nie zauważać obecności tajemniczego mężczyzny. Nie wszystkie z nich spały, część przyglądała mu się z wyraźną ciekawością, żaden jednak nie podnosił alarmu.
Jakby go znały.
Peter wypadł za postacią na błonia otaczające zamek. Wyszedł przez bramę i odszedł jeszcze kawałek, po czym, zanim Szczur zdążył się zorientować, zniknął z trzaskiem.

★ ★ ★

Nowy szablon, ta-dah! Namęczyłam się nad nim trochę, ale myślę, że było warto. Zostanie z nami aż do dziesiątego czy tam jedenastego rozdziału, potem znowu zmienię. Taaaak, jestem tak genialna, że napisałam już jedenaście rozdziałów, kawałek trzynastego i męczę dwunasty. Aż do końca roku mam całą publikację zaplanowaną i żadna sesja mi nie przeszkodzi, muahahahaha! :>
I dodam jeszcze, że jestem Wam niesamowicie wdzięczna! Komentarze i dodawanie Łani do obserwowanych sprawiają, że mam jeszcze większą ochotę napisanie, bo wiem, że mam dla kogo to robić.:3 Dziękuję, jesteście wielcy!

16 komentarzy:

  1. No i wiadomo czym się dziergatki żywią. Lily sprawdziła to z ciekawości, a Jamesowi i Syriuszowi ta wiedza potrzebna była. Może się je uda na czas nakarmić i dziergatki przeżyją.
    Peter może i był jednym z huncwotów, ale pewnie był niezauważany przz przyjaciół. Na pewno musiał się źle z tym czuć.
    I ciekawe kogo Peter zauważył. Jak w czarnej szacie to może to jakiś śmierciożerca. No i jak on się tam dostał. Może przez Lucjusza?
    No i jeszcze się zastanawiam co Lucjusz robił w Hogwarcie.

    Czekam na kolejny rozdział i życzę weny na dalsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W swoim czasie ta zagadka się rozwiąże, spokojnie. :> A z pomieszczenia wyszedł Lucjusz, więc to za nim pobiegł Szczur. I również on się deportował za bramą Hogwartu.
      Co do tego, że jest tak niezauważany przez swoich przyjaciół - zgoda, zdarza im się o nim zapomnieć, ponieważ, no, nie ukrywajmy, siedzi zwykle cicho i się nie wychyla, w przeciwieństwie do Jamesa i Syriusza... Ale, ale! Wszyscy trzej mu ufali, wszyscy trzej by oddali za niego życie! Więc jednak Huncwoci byli dosyć dobrą paczką, nawet jeśli Szczurowi wydawało się, że tak nie jest.

      Pozdrawiam i dziękuję! :>

      Usuń
    2. Mój błąd :D Zmyliła mnie ta postać która miała białe włosy i wzięłam ją za trzecią osobę, która była z Lucjuszem i Slughornem w tym gabinecie i wzięłam ją za śmierciożercę którego Lucjusz przyprowadził :D.
      Co do Petera to gdyby pomyśleć pod takim kątem to rzeczywiście tak było. Niby go nie zauważali a życie by oddali za niego. No to jednak go za przyjaciela musieli uważać.

      Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Dodałaś ten rozdział o takiej pięknej godzinie! :D Właściwie to zobaczyłam go niedługo po dodaniu, chciałam od razu przeczytać, ale oglądanie Friends wciągnęło mnie tak, że siedziałam do 5 i potem od razu poszłam spać. Więc jestem teraz, ahoj!
    Szablon jest śliczny! Chociaż tamten podobał mi się bardziej (Viria tworzy najpiękniejsze huncwockie digital arty na świecie), to tutaj jest suwak, a ja uwielbiam suwaki... więc właściwie są na równi. :D
    A teraz przechodzimy do rzeczy. Podoba mi się to, jak przedstawiasz Petera, to coś nowego. Większość osób tworzy postać zapatrzonego w Pottera i Blacka, tchórzliwego chłopaka, żądnego sławy i władzy, lecz zbyt słabego, by po nie sięgnąć. Ja osobiście w pełni zgadzam się z taką wersją Petera i właśnie tak kreuję go w swojej głowie, ale mimo wszystko podoba mi się, że u ciebie jest bardziej... Zły. Niecny. Jego myśli wyszły ci bardzo realistycznie. Jestem przekonana, że coś takiego musiało się zdarzyć, come on. Chodził za trójką genialnych na swój sposób, uzdolnionych, sławnych na całą szkołę czarodziejów i robił za taką... doczepkę. Na pewno nieraz był sfrustrowany. Dobrze, że pokazujesz jego złość już teraz, na długo przed zdradą Potterów.
    Co też Lucjusz Malfoy robi w Hogwarcie? I dlaczego rozmawia ze Slughornem o czymś niby legalnym, a jednak niepokojącym ich oboje? No i Peter, który akurat musiał na nich trafić. Zastanawiam się, czy to nie tak rozpocznie się jego znajomość z Lucjuszem i śmierciożercami, właśnie przez to zdarzenie, którego niechcący stał się częścią.
    Podoba mi się to, jak ukazujesz relacje na linii Lily-James. Byli w jednym domu, na jednym roku, mieli wspólnych przyjaciół. To oczywiste, że nawet kiedy Lily nie kochała Pottera musieli ze sobą rozmawiać, co masa osób całkowicie ignoruje. Ale nie, moi mili. Ich miłość nie ograniczała się do "Evans, umówisz się ze mną?" "Potter, zadaj to pytanie jeszcze raz, a wsadzę ci różdżkę tam, gdzie światło nie dochodzi, na brodę Merlina!" Chociaż te epizody są niewątpliwie zabawne i słodkie, ale jest przecież coś więcej. I u ciebie świetnie to widać.
    Nie mam się do czego przyczepić, ale cóż. Lily i Jamesa kocham tak, że nawet gdybym miała to pewnie bym to zignorowała. :D
    Pozdrawiam. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ags, mówiłam już, że uwielbiam Twoje komentarze? Nie mówiłam? To teraz mówię. Serio, aż się ciepło robi na serduszku, gdy się je czyta. :3
      Ja Petera wyobrażałam sobie zawsze właśnie tak, jak go opisałam. To jasne, że jego gorycz musiała być widoczna już w samym Hogwarcie, przecież zadawał się z trójką najlepszych magów w zamku, a on sam sobą właściwie zbyt wiele nie reprezentował... Ani się dobrze nie uczył, ani nie grał w quidditcha, ani nie był specjalnie inteligentny. Stąd oczywista konkluzja, że potrzebował ich akceptacji (dlatego z taką łatwością potem garnął się do Czarnego Pana - np. scena na cmentarzu w IV części HP), po prostu musiał wiedzieć, że ktoś go zauważa. Trafili się mu tacy Huncwoci, to się do nich przyłączył.
      Co Lucjusz robił w Hogwarcie - to się wyjaśni, nie pamiętam, w którym rozdziale, ale się wyjaśni. xD
      Podsumuję to tak: cieszę się. :D

      Dzięki za komentarz :3

      Usuń
  3. Nie napisze nic odkrywczego-bardzo mi się podobało. To zdecydowanie najlepszy blog o Hincwotach, jaki czytam od dłuższego czasu. Ok, nie czytam juz ich tyle jak kiedyś, ale rownież dlatego, ze zazwyczaj kest powielanych zbyt wiele schematów i juz mnie tu znudziło. Ty za to zawZe mnie zaskoczysz , a jednocześnie przedstawiasz state pokolenie tak, jak ja tk widzę. Podobało ni sie, ze Liky postanowiła pomoc Jandsowi i Syriuszowi. Podobało mi się, ze pokazałaś, Ze Potter i black nie sa rylko i wyłącznie urwiskami, tylko wiedza, kiedy należy zapłacić za głupie żarty. Podobało mi sie rownież to, ze przedstawiłaś petera w niezbyt pozytywnym świetle, bo na ogół ludzie albo kompletnie go pomijają albo robią z niego kompletna ofiarę losu uważająca Jamesa i Syrisuza za bogów dopóki ktoś czyt smierciozercy z rożnych powodów nie uznają, ze warto przekupić kogoś kogo łatwo jest zmanipulować. Tutaj zdecydowanie nie jest silną osobą, ale widać, zd nie przepada za Huncwotami. Czekam z niecierpliwoscią na cd i cieszę sie, ze masz taki zapas :) Condawiramurs

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. James i Syriusz dorastają, ich podejście się zmienia, więc widać, że podchodzą do wielu kwestii bardziej dojrzale. ;) Peter aż taką kompletną ofiarą losu nie był, ale trochę to rozumiem. XD Chociaż gdyby tylko uważał pozostałych Huncwotów za bogów, zdecydowanie czegoś by mi brakowało. Po prostu wydawało mi się zawsze, że ta relacja była gorzko-słodka, taka solidnie zaprawiona goryczą i trochę strachem, bo w przeciwnym razie by nie przystał do śmierciożerców i nie zrobił tego, co zrobił.
      Dzięki, pozdrawiam :D

      Usuń
    2. Tak, też tak myślę, że raczej musiało byc słodko-gorzko między Peterem a całą resztą, choć aż dziw, że tak dobrze to ukrywał. No i dobrze, że dojrzewają, bo dziewcyzny z pewnością to prędzej czy później zauważą.
      zapraszam na świeżo dodaną nowość do mnie:)

      Usuń
  4. Cześć :)
    Całkiem ciekawy opis zdarzeń z perspektywy Lucjusza, fajnie też, że uwzględniłaś fakt, że nie był rówieśnikiem Huncwotów. Dziwne, że zwracał się tak obcesowo do Slughorna, co to mogła być za sprawa - tak legalna, że aż nielegalna? ;p
    Dziergatki wydają się coraz mniejszym problemem, skoro nie jedzą wcale huncwockiego mięsa, ale jagody i to takie, które przypadkiem rosną w Zakazanym Lesie ;)
    Dobrze wiedzieć, że masz zapas.
    Z pozdrowieniami
    Eskaryna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie to jest najlepsze, bo najpierw myślałam, że on był w Hogwarcie mniej więcej w tym samym czasie, a potem zaczęłam robić rozpiskę i sprawdzać daty urodzenia wszystkich bardziej znanych bohaterów z Ery Huncwotów i wyszło mi, że już go nie powinno być w Hogwarcie. :3 Za to można idealnie go wykorzystać do innego celu!
      Wraz z chwilą znalezienia dla nich pożywienia dziergatki w ogóle przestały być problemem. :3
      Pozdrawiam :D

      Usuń
  5. Co ja piszę! Z perspektywy Petera :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Witaj!
    Rozdział bardzo ciekawy. Najbardziej spodobała mi się wstawka z Peterem. Zawsze mu współczułam, jednak mimo to, nigdy nie próbowałam usprawiedliwiać jego tchórzostwa i zdrady.
    Dobrze, że Lily i Remus postanowili pomóc Syriuszowi i Jamesowi, są dobrymi przyjaciółmi. Mam tylko nadzieję, że Huncwoci wyciągną z tego nauczkę na przyszłość, żeby nie igrać z nieznanymi i, jak się okazało, niebezpiecznymi stworzeniami.
    Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział i pozdrawiam serdecznie,
    Neithiria.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, dla jego tchórzostwa i zdrady właściwie nie ma usprawiedliwienia. Nie miał tyle siły, żeby się przeciwstawić sile czarnej magii, nie zaufał swoim przyjaciołom i przy pierwszej okazji uciekł do kogoś, kto - wydawałoby się - mógł mu zapewnić większe bezpieczeństwo.
      Proszę Cię, to są Huncwoci! Oni uwielbiają igrać z niebezpieczeństwem. :3

      Pozdrawiam. :D

      Usuń
  7. Witaj!
    Bardzo zaciekawił mnie ten rozdział, a najbardziej cześć z Glizdogonem! Wyobrażałam sobie Petera, jako uwielbiającego huncwotów, cichego chłopaka, a jednak ty opisałaś to inaczej :D James i Syriusz w tarapatach? Kto by pomyślał ;)) Niech się cieszą, że mają takich przyjaciół c :
    Szablon piękny :D
    Cieszę się, że masz już napisane tyle rozdziałów, teraz wystarczy czekać na dodanie ;)
    Trochę późno przeczytałam rozdział, ale co z tego ^.^
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  8. Obrazek po prawej jest po prostu piękny. Piękny piękny piękny. Mogę powtarzać tak w nieskończoność.
    Przeczytaam wszystko i szczerze przyznam, że mi się podoba. Co prawda rozdziały mogłyby byc dłuższe, ale nie narzekam. Chciaż to dziwne przzesuwanie jest po prostu dziwne. Nie wygląda tak estetycznie co reszta strony i nie pasuje mi trochę do niej, ale wciąż jest ładnie, wiec nie narzekam.

    Czekam na więcej!
    Miłego życia życzę!
    red-flour.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  9. Remus powinien powiedzieć, że to zasługa Lilly! Świetny rozdzialik!

    OdpowiedzUsuń

Czarodzieje