sobota, 1 sierpnia 2015

4. Rodzaje sprawiedliwości

– Nie musiała nam dawać tego szlabanu – jęknął Syriusz, kiedy wchodzili do pokoju wspólnego po wypowiedzeniu właściwego hasła. – Przecież nawet nie miała dowodów, że to my… Ja mam jutro o tej porze randkę! Nie mogę iść na szlaban…
– Po prostu miałeś pecha, Łapo. – James z rozmachem poklepał przyjaciela po plecach. – Znaleźliśmy się w złym miejscu o złym czasie… A raczej: w dobrym miejscu o złym czasie. To bardziej pasuje.
– Wiem, ale nie lubię przekładać randek. Przekładanie randek to przekładanie przyjemności. Nie lubię przekładać przyjemności.
– Przecierpisz tydzień i nie będziesz musiał przekładać przyjemności – zawyrokował James. – Daj spokój, przechodziliśmy przez gorsze rzeczy.
– Za to mina Smarkerusa była piękna – zarechotał Peter, przemykając pod ramieniem Syriusza i wchodząc pierwszy na schody prowadzące do dormitorium. 
– Nie musieliście tego robić.
James i Syriusz zatrzymali się, słysząc głos Lily. Peter zdążył już zniknąć w komnacie, lecz oni nie podążyli za nim, spoglądając po sobie.
– Nie, ale… – zaczął wreszcie James – ale chcieliśmy. Dlaczego go bronisz? Po tym, co ci zrobił?
Obszedł kanapę stojącą przodem do kominka i usiadł obok wpatrzonej w płomienie dziewczyny. Podciągnęła nogi na tapczan, obejmując je ramionami i opierając podbródek na kolanach. Z jej drugiej strony wylądował Syriusz, rozsiewając dokoła siebie zapach mięty.
– Nie o to chodzi, Potter – odparła, nie odwracając wzroku.
– A o co?
– O sprawiedliwość. O znęcanie się nad słabymi. To takie… dojrzałe – stwierdziła ironicznie. – Nie podoba mi się, co ktoś zrobił, więc odpłacę się pięknym za nadobne i wytnę mu numer, tak?
Syriusz uniósł brwi, słysząc jej słowa.
– Evans, czy Smarkerus był sprawiedliwy, nazywając się szlamą? Zasłużył na coś stokroć gorszego za to – stwierdził zdecydowanie James. Przeczesał dłonią włosy, gdy zapadła cisza przerywana jedynie trzaskiem płomieni. 
Lily nie wiedziała, co ma mu odpowiedzieć.
– Mimo wszystko nadal nie podoba mi się znęcanie nad innymi. Zawinił, zgoda, ale zostawcie go w spokoju – powiedziała w końcu. 
– Czasem to jedyny sposób, by wymierzyć sprawiedliwość.
– Kicham na takie wymierzanie sprawiedliwości! To praktycznie oznacza zrównanie się poziomem z tymi, którzy nazywają przyjaciół szlamami! – wybuchnęła. – Dużo trudniej jest to zignorować i przejść nad tym do porządku dziennego, co?!
– No właśnie, Evans. – James nasunął okulary wyżej na nos; w szkłach zalśniło odbite światło ogniska. – Ty mi powiedz. Bo chyba się nie przyznasz, że nadal cię to gryzie? Że nadal, po tych ponad dwóch miesiącach, nie potrafisz się z tym pogodzić? Ach, tak, przecież ty przeszłaś nad tym do porządku dziennego. Już nie szlochasz w poduszkę nocami?
– Zamknij się. – Wyglądała, jakby ją uderzył. 
– Oj, Evans, nikt nie powiedział, że życie będzie sprawiedliwe – stwierdził beztrosko Syriusz. 
– Po prostu się zamknijcie. Obaj.
– Tak jest, pani prefekt.
Po wypowiedzeniu tych słów przez Jamesa cała trójka jeszcze długo milczała.


– Lily! Przepadłaś gdzieś po transmutacji, martwiłam się! – krzyknęła Alice, gdy tylko dziewczyna przestąpiła próg dormitorium. – Na zielarstwie też sprawiałaś wrażenie, jakbyś była nieobecna. Dobrze się czujesz?
– Tak, tak – odparła z roztargnieniem, myślami znajdując się daleko stąd. Przysiadła na łóżku; zmięła w palcach pościel. – Nic mi nie jest, dobrze się czuję. Miałam runy. 
– Zapomniałam. Byłaś na spotkaniu Klubu Ślimaka?
– Byłam. – Przytaknęła powoli.
– Opowiadaj! – poprosiła podekscytowana Al, biorąc poduszkę i obejmując ją ramionami. Profesor Slughorn nigdy nie uznał jej za godną dołączenia do Klubu, ale zawsze się pasjonowała opowieściami Lily o „elicie”, jak ich nazywała żartobliwie. Nie była specjalnie dobra z eliksirów, wiedziała o tym, podobnie jak o tym, że Slughorn wybierał jedynie swoich najbardziej utalentowanych uczniów.
– Nie działo się nic ciekawego… – Lily wzruszyła ramionami. – Przez większość czasu gadał Slughorn, usiłując rozruszać towarzystwo, ale nikt jakoś nie chciał z nim się wdawać w dyskusję. Było… drętwo. Więcej podpierania ścian niż robienia czegokolwiek sensownego. – Potarła czoło. 
– Był Severus? 
– Błagam cię, nie wspominaj mi o nim – jęknęła dziewczyna. – Dosyć nerwów przez niego straciłam, wystarczająco wiele nocy przepłakałam. 
– Lily… Może spróbuj z nim porozmawiać?
– O czym? 
– No… o was. Przecież się przyjaźniliście, byliście ze sobą blisko… Chcesz tak łatwo odpuścić?
– No właśnie, byliśmy – stwierdziła gorzko Lily. – A co ty byś zrobiła po tym, jak twój najlepszy przyjaciel nazwał cię szlamą, a potem ignoruje przez całe lato? I to tylko po to, żeby przyjść z przeprosinami na początku następnego roku?
– Nie wiem – przyznała Al. – Nigdy nie byłam w takiej sytuacji, więc ciężko mi jednoznacznie oceniać. Ale skoro próbuje z tobą porozmawiać, to chyba mu zależy, prawda? Może waszą przyjaźń da się uratować?
– Nie. – Lily pokręciła głową. – Tego się nie da uratować. Nadal mam do niego żal, zbyt dużo żalu, żebym mogła teraz tak po prostu z nim porozmawiać i zapomnieć o tym, co zrobił. To wcale nie takie proste. Nie jestem gotowa, żeby to zrobić. Może kiedyś, nie wiem. Ale na pewno nie teraz.
Alice już otwierała usta, żeby odpowiedzieć, ale w tym samym momencie drzwi dormitorium się otworzyły; weszła Dorcas. Zapadła ciężka cisza, Lily odwróciła wzrok od przyjaciółki. 
– Gdzie byłaś tak długo? Jest po ciszy nocnej! – stwierdziła Al, lustrując spojrzeniem przybyłą dziewczynę i obserwując, jak zajmuje miejsce na czwartym, wolnym łóżku. Jej własne było całkiem pokryte książkami, papierami i ubraniami. No i znajdowało się najbliżej Lily. 
– Potem wam powiem. – Dorcas machnęła ręką. – Lily! Nadal jesteś na mnie obrażona? Przecież wiesz, że nie zrobiłam tego celowo! Chciałam jedynie, żeby to wypił Szczur, chciałam się zemścić…
– Na Merlina, co wam wszystkim odwaliło z tą zemstą i wymierzaniem sprawiedliwości?! – Evansówna zerwała się z łóżka, wyraźnie wzburzona. – Najpierw Potter i Black dobierają się do Severusa, teraz ty mi jeszcze mówisz, że chciałaś się zemścić? Jak dzieci, normalnie jak dzieci…
Po jej słowach zapadła cisza.
– Przepraszam, okej? – powiedziała wreszcie Dorcas, wbijając wzrok w podłogę. – Ale uważam, że mu się należało. Nie lubię, gdy ktoś tyka moje rzeczy.
– Na przyszłość po prostu bardziej ich pilnuj, wtedy nie będzie takich sytuacji! Zawsze przecież możesz iść z tym do prefekta… 
– Żeby odjął punkty domowi? – zakpiła Dorcas. – Różne rodzaje sprawiedliwości, huh? Jesteś hipokrytką, Lily. Wcale się nie dziwię, że Severus miał cię dosyć. Może i nasze zachowanie jest dziecinne, ale uważam, że ty też powinnaś dorosnąć i nauczyć się przyznawać do błędów. I nie tylko do błędów. I zresztą nie tylko tego.
Lily już jej nie odpowiedziała; wyszła, trzaskając drzwiami.


Opuściła wieżę Gryffindoru, ruszając w stronę łazienki prefektów. Musiała się solidnie odprężyć i przemyśleć parę spraw, a ponadto zaparzony rano tymianek czekał tam, aż przyjdzie, żeby doprowadzić swoje włosy do porządku. 
Korytarze Hogwartu były puste; o tej porze wszyscy znajdowali się w dormitoriach. Nawet postacie na obrazach smacznie pochrapywały. Nie budziło ich delikatne, czerwone światło sączące się z końca różdżki Lily. Przez wysokie okna wpadało do środka światło księżyca, powodując powstanie na posadzce cieni poruszających się w szalonym tańcu. Lily patrzyła na podłogę z niemałą fascynacją; zwykle nie chodziła po nocach po zamku, toteż rzadko miała okazję poczuć przebiegający wówczas po plecach dreszcz. 
Zatrzymała się i wyjrzała przez okno. Błonia pogrążone były w migotliwym blasku księżyca, którego kulisty kształt dopiero się dopełniał, nadchodziła pełnia.
Usłyszała kroki na końcu korytarza po swojej prawej stronie, więc szybko oderwała się od okna i pobiegła przed siebie. Znalazła się na schodach prowadzących na kolejne piętro, gdzie znajdowała się łazienka prefektów. Nie napotykając nikogo z nauczycieli, dotarła do właściwych drzwi. Już kładła dłoń na klamce, kiedy w ciemności zamajaczyły żółte ślepia. Przeraziła się. Czując, jak szybko bije jej serce, weszła do środka, po czym zamknęła za sobą drzwi zaklęciem. 
Odetchnęła z ulgą, widząc znajomy basen i ozdobny witraż z czeszącą się syreną. W kącie pomieszczenia nadal stał kociołek, który postawiła tam rano, wypełniwszy wodą i zanurzywszy w niej tymianek. Wywar był gotowy; jedyna rzecz, jaką musiała zrobić, to umycie nim włosów. Miała nadzieję, że poskutkuje i jej naturalny rudy kolor wróci. Zdążyła się za nim już stęsknić.
Fioletowa farba spływała z włosów, odsłaniając ognisty kolor. Resztki nieudanego eksperymentu znajdowały się teraz w wodzie, tworząc na jej powierzchni kolorową warstwę. Lily obserwowała smugi z ulgą. Rudy stanowił część niej samej, bez niego czuła się nieswojo, jakby wystawiona na pośmiewisko i zwracająca na siebie uwagę. Miała wrażenie, że uczniowie wytykają ją palcami na korytarzach i szepczą między sobą, komentując nowy kolor. Teraz jednak wracała dawna Lily.
Zapatrzyła się w błyszczące światła świec odbijające się w wodzie. Zanurzyła dłoń w gęstą pianę, powstałą przy nalewaniu do basenu wszelkich możliwych olejków i żeli. Oparła się o krawędź, odgarniając z czoła mokry kosmyk. Ciepła ciecz omywała jej ciało, powodując, że się rozluźniła i znacznie odprężyła. Zamknęła oczy, pozwalając myślom odpłynąć. Dopiero teraz mogła na spokojnie przemyśleć wszystko, co się w ostatnich dniach wydarzyło – a było tego całkiem niemało. 
Dorcas.
Lily poczuła, że zalewa ją fala złości.
Wiedziała, że przyjaciółka nie podała jej wywaru celowo, ale mimo wszystko mogła być bardziej ostrożna z zemstą. Z tym dziwnym wymierzaniem sprawiedliwości. Zachowała się zupełnie tak jak sami Huncwoci, dziecinnie, kierując się pragnieniem odwetu. Przecież mogła to załatwić w inny sposób, na przykład w uczciwej, intelektualnej walce… Dorcas przecież znakomicie obracała słowem, mogłaby bez problemu zastawić taką pułapkę na Szczura i popisowo go zmiażdżyć.
Zaraz jednak w jej głowie pojawiły się wątpliwości. Ukryła twarz w dłoniach. Może osądziła ją zbyt surowo? Gdyby po prostu dała mu szlaban i odjęła Gryffindorowi punkty, zupełnie by się nie przejął. Mało to takich kar Huncwoci zarobili w ciągu ostatnich sześciu lat? Była pewna, że w ich kartotece znajdującej się w pokoju woźnego nie było już miejsca na wpisywanie kolejnych.
No właśnie, wzruszyłby ramionami, zrobił swoje i zapomniał. A tak przynajmniej miałby nauczkę… Nie, żeby to pochwalała. Nienawidziła takich głupich dowcipów. Po prostu jej to nie śmieszyło, kiedy ktoś inny cierpiał w wyniku żarciku wymyślonego przez innych. Nie lubiła, gdy ktokolwiek cierpiał, nawet jeśli była to osoba, za którą nie przepadała. Tak samo jak nie znosiła widoku krwi, jej wrażliwość nie pozwalała patrzeć na mękę innych. Kojarzyło jej się to ze śmiercią. Z agonią.
Miała miękkie serce? 
Może. 
Złość wyparowała wraz z uderzeniem dłonią o powierzchnię wody. Krople rozprysnęły się na boki, podczas gdy Lily ochłonęła. Wiedziała, że musi porozmawiać z Dorcas i jej wyjaśnić wszystko… I przeprosić za słowa, które wypowiedziała. Może i była hipokrytką, ale nie mogła postąpić inaczej. Rozumiała przyjaciółkę oraz motywy, którymi się kierowała, ale ona też musiała zrozumieć ją. A do tego potrzebowały rozmowy.
Westchnęła. Woda powoli stygła.
Zastanawiała się, co Filch zrobił z dziergatkami, które tak popiskiwały na korytarzu pod jej stopami. Musiała wrócić szybko na lekcje zaraz po tym, jak McGonagall dała Huncwotom szlaban, więc oddała puchate stworzonka w ręce woźnego, choć co prawda nie wyglądał on na zbyt szczęśliwego z tego powodu. Zanim zniknęła za zakrętem, dostrzegła jeszcze, jak siedząca przy nodze mężczyzny Pani Norris wpatruje się w kulki wygłodniałym wzrokiem, a jej ogon rytmicznie uderza o podłogę. 
Podejrzewała, że zaniósł je po prostu Hagridowi, bo któż inny mógłby się zająć magicznymi stworzeniami, jak nie on? Pomyślała, że warto byłoby do niego zajrzeć i podpytać, czy je przygarnął. Wyglądały naprawdę słodko, zresztą pragnęła się o nich dowiedzieć czegoś więcej, nie spotkała się wcześniej z podobnym gatunkiem. Ciekawiło ją też, skąd w ogóle Potter je wytrzasnął. Irytowały ją podchody Huncwotów względem Severusa, ale nawet przed sobą musiała przyznać, że się zainteresowała tematem stworzonek. Pewnie dlatego, że lubiła gromadzić wiedzę. 
Potter… Dzisiejsza rozmowa namieszała jej w głowie, a przecież sytuacja nie różniła się aż tak od tej z Dorcas – obie w rezultacie sprowadzały się do tego samego. Jednakże paradoksalnie oboje mieli rację.
Co za cholerna niesprawiedliwość.
Syrena widniejąca na witrażu cierpliwie siedziała na kamieniu i rozczesywała sobie włosy, nie wypowiadając ani jednego słowa komentarza.


– Lily, twoje włosy! – zawołała Al, gdy tylko zobaczyła ją następnego dnia w pełnym świetle promieni słonecznych wpadających do dormitorium. 
– Co z nimi nie tak? – Dopiero wstająca z łóżka Lily chwyciła jeden z kosmyków w palce i przyjrzała mu się krytycznie. 
– Zmieniły kolor! – zauważyła zszokowana dziewczyna. – One są rude!
– No nie, nie może być! – mruknęła Evansówna, opadając z powrotem na poduszki. – Już myślałam, że ktoś je zaczarował w nocy czy coś…
– Ale dobrze wyglądałaś w fioletowym…
Alice wygięła usta w podkówkę.
– Wolę jednak rudy. Naprawdę. Dorcas już wyszła? – Spojrzała na łóżko stojące obok jej własnego; było puste.
– Taaa… Naprawdę nie możecie się po prostu pogodzić?
– Nie. 
– Błagam, zachowujecie się jak dzieci, serio.
– Po prostu… chyba potrzebujemy odpoczynku od siebie, to wszystko. Będzie lepiej, jeśli przez jakiś czas nie będziemy się do siebie odzywać. 
– No jak chcesz, ale uważam, że to głupie. 
– Pogadam z nią. Później.


Syriusz musiał przyznać, że przepadał za kobietami. A kobiety – czy też raczej uczące się w Hogwarcie dziewczyny – przepadały za nim. Był przystojny, miał poczucie humoru, ponadto należał do tych słynnych Huncwotów… Dało się go opisać w dwóch słowach: uroczy rozrabiaka – a dla takowych wiele przedstawicielek płci żeńskiej traciło głowę. Z tego powodu często towarzyszył mu wianuszek wielbicielek – z żadną z nich jednak nie związał się na stałe. Owszem, wychodził z najładniejszymi do Hogsmeade czy też zabierał na przechadzki nocą po zamku, by znienacka pocałować zarumienione dziewczę, ale nic ponadto. Nigdy się nie angażował uczuciowo, nie czuł do żadnej z nich niczego głębszego. Wiedział, że w ten sposób zranił wiele dziewcząt. Nie potrafiłby jednak jak Potter uganiać się za jedną przez wszystkie szkolne lata. Szybko się nudził. Równie szybko zmieniał zdanie. A jeszcze szybciej dziewczyny.
Mimo wszystko cieszył się na samą myśl o spotkaniu z Willow Leicester, piękną Krukonką o charakterystycznych, białych włosach. Wpadli na siebie przypadkiem, gdy wchodził do biblioteki, a ona stamtąd wychodziła. Od razu zwrócił na nią uwagę. Musiała mieć w sobie krew wili. Spojrzała na niego z uśmiechem, szepcząc „Przepraszam” i odchodząc w swoją stronę. Zgłupiał wówczas tak bardzo, że nawet za nią nie pobiegł. Zdołał jednak jeszcze tego samego dnia dostrzec ją podczas obiadu w tłumie uczniów z domu Roveny Ravenclaw. 
Od razu postawił sobie za punkt honoru zaproszenie jej na randkę.
Choć, prawdę mówiąc, kłamał Jamesowi, mówiąc, że ma schadzkę równo z godziną rozpoczęcia szlabanu. Nie udało mu się jeszcze namówić dziewczyny do wyjścia z nim, jak na razie ich spotkania ograniczały się jedynie do przelotnych spojrzeń, „cześć” rzucanego szybko na korytarzu i podglądania jej w bibliotece, gdy się uczyła.
To dopiero czwarty dzień nowego roku szkolnego, uświadomił sobie. Mam czas.
Żałował, że i tym razem, jak wczoraj, nie może zajść do biblioteki, usiąść kawałek dalej, zwyczajnie obserwować, jak dziewczyna przewraca kolejną stronę, jak uroczo marszczy nosek, napotykając zapewne jakiś dziwniejszy fragment, jak pióro drży w jej dłoni podczas zapisywania pergaminu. 
Jednak szlaban wzywał. Domyślał się, co to będzie – przydzielono mu zapewne czyszczenie wszystkich medali i innych pierdółek w Izbie Pamięci. Zawsze musiał to robić, choć szczerze nie znosił babrania się w tych wszystkich mugolskich środkach czyszczących, podczas gdy wystarczyłoby jedno machnięcie różdżką… Za jakie grzechy, westchnął cierpiętniczo, stając pod drzwiami gabinetu profesor McGonagall. Przez chwilę zbierał się w sobie, po czym w końcu zapukał. 
– Proszę – odpowiedział mu głos nauczycielki, więc wszedł do środka.
Siedziała za biurkiem, jak zwykle ubrana nienagannie, z surowym wyrazem twarzy. Czy ona się kiedykolwiek przebiera?, przemknęło mu przez głowę. Patrzyła na niego uważnie, jakby chciała prześwietlić go niczym promienie Rentgena, jak mawiali mugole. Ściągnęła usta w grymasie, gdy zegar znajdujący się za jej plecami wybił siedemnastą.
– Gdzie jest pan Potter? – spytała, splatając palce. 
– Nie wiem. Nie jestem jego niańką. – Wzruszył ramionami.
Zapadła cisza, wobec czego rozejrzał się po pomieszczeniu. Wyglądało zwyczajnie i równie surowo, jak sama właścicielka. Książki stały na półkach w równych rządkach; nie osiadła na nich ani jedna drobinka kurzu. Nawet o paprotkę dba, pomyślał, widząc zielonego kwiatka w ozdobnej doniczce, ustawionego na najwyższym regale. Dostrzegł też kilka figurek przedstawiających zwierzęta, głównie koty, a także dziwaczne przyrządy niewiadomego przeznaczenia. Jeden z nich zwrócił jego szczególną uwagę – mała kula błyskająca niebieskim światłem. Poza półkami, niewielką komodą, biurkiem i krzesłem w pokoju nie było żadnych innych mebli. Mimowolnie zaciekawił się, jak wygląda sypialnia nauczycielki i gdzie się znajduje. 
Drzwi gabinetu otworzyły się po raz drugi i wszedł James, jak zwykle czochrając swoją czarną czuprynę. Wyglądał, jakby chwilę wcześniej biegł, rozwiązał się krawat na jego szyi. Poprawił szatę, nasuwając ją z powrotem na ramię; na ustach chłopaka wykwitł zawadiacki uśmieszek.
– Przepraszam za spóźnienie, pani profesor – powiedział bynajmniej nie przepraszającym tonem. Stanął obok Syriusza.
– Dobrze. Skoro już się pan do nas pofatygował, panie Potter, mogę wam powiedzieć, na czym będzie polegał wasz szlaban.
– Czyszczenie eksponatów w Izbie Pamięci? – zapytał Syriusz bez większego entuzjazmu.
– Nie tym razem, panie Black, choć widzę, że bardzo chciałby pan to robić. – Oczy McGonagall rozbłysły za szkłami okularów. – W czasie waszego szlabanu będziecie pomagać Hargridowi w opiece nad tymi uroczymi stworzonkami, które przyprowadziliście do zamku. Swoją drogą wciąż się zastanawiam, jak tego dokonaliście.
– Chodzi o dziergatki? – upewnił się James, nie dowierzając.
– Tak.
– Tylko tyle?
– Tylko tyle, panie Potter. Jedyny wasz problem to utrzymanie dziergatek przy życiu przynajmniej do czasu zakończenia waszego szlabanu. No chyba że chcecie zamienić karę na sprzątanie Izby Pamięci, nie ma problemu.
– Nie…
– Zdecydowanie nie chcemy…
– Równo za tydzień przybędzie przedstawiciel Komisji Nadzoru Nad Magicznymi Zwierzętami i je zabierze. Do tego czasu macie pomagać profesorowi Hagridowi. Lepiej, żeby dziergatki dotrwały do tego czasu całe i zdrowe. I żywe. Czy wszystko jasne?
– Tak jest, pani profesor – potwierdził James, wymieniając porozumiewawcze spojrzenie z Syriuszem.
– W takim razie zmykajcie pomóc profesorowi.
– Tak jest! – Obaj zasalutowali nauczycielce i wyszli z pomieszczenia. Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi, przybili sobie piątki, wybuchając śmiechem. 
– Nie mogę uwierzyć, że dali nam taką prostą karę – stwierdził James, kiedy przechodzili przez błonia, kierując się do chatki Hagrida. – McGonagall była zadziwiająco łaskawa.
– Nie marudź. Nie podoba ci się to?
– Podoba, ale…
– No to zamknij jadaczkę i przestań marudzić – przerwał mu bezceremonialnie Syriusz. 
Już z daleka dostrzegli charakterystyczną sylwetkę gajowego, zajmującego się jakimiś pracami w ogródku. Przebiegli po trawie ostatnie kilka metrów, uważając, żeby się nie potknąć o rozsiane tu i ówdzie kamienie. 
– Hagridzie!
Słysząc ich głosy, gajowy podniósł głowę znad grządek i pomachał im, po czym wstał. Otrzepał spodnie od ziemi. Leżący obok brytan, Kieł, zawarczał cicho, lecz umilkł, rozpoznawszy znajome zapachy. 
– James, Syriusz! Czekałem na was, chłopaki. Cholibka, to dopiero czwarty dzień roku szkolnego, a wy już zdążyliście się wpakować w kłopoty… Prawdziwi z was Huncwoci, cholibka. No ale dosyć tego gadania, innym razem przyjdziecie na pogaduszki przy herbatce. Teraz trzeba odwalić robotę.
– Jak się mają dziergatki, Hagridzie? – spytał Potter, usiłując nadążyć za stawiającym olbrzymie kroki mężczyzną. Szli za nim na tyły chatki, niemalże na skraj Zakazanego Lasu. Za nimi podążył Syriusz. 
– Wprost cudownie – burknął zapytany. – W dalszym ciągu nie wiem, co one żrą. 
Ich oczom ukazała się sklecona naprędce klatka znajdująca się kawałek od chatki gajowego. Trawa wewnątrz niej była spalona, co dziwiło tym bardziej, że na zewnątrz rośliny miały się dobrze i rosły. Na niektórych prętach znajdowały się również ślady brązowej wydzieliny przypominającej nieco gęstością żywicę, lecz o ciemnoczerwonej barwie. W jednym z kątów klatki popiskiwały dziergatki, wchodzące jedna na drugą i wyraźnie domagające się uwagi. Jedna z nich wyciągnęła na zewnątrz szorstki, różowy język, odsłaniając lśniące bielą krzywe ząbki.
– Hagridzie… Co to jest?! – spytał James z niedowierzaniem. – Nie wyglądają tak milusio, jak poprzednio…
– Wy mi to powiedzcie – mruknął mężczyzna, przypatrując się stworzonkom z wyraźnym zainteresowaniem. – W końcu to wy je skądś wytrzasnęliście i przyprowadziliście do zamku.
– Właściwie to… – zaczął Syriusz, robiąc krok w tył. 
– Kupiliśmy je u Zonka, na Pokątnej – wyznał James, przykucając przy klatce, ale nie odważając się włożyć do środka ręki, by pogłaskać którąś z patrzących na niego prosząco kulek. – Wyglądały całkiem niegroźnie i milusio, nawet nie gryzły, kiedy je braliśmy do Hogwartu…
– Już nawet nie pytam, jak to zrobiliście, cholibka. – Hagrid zmarszczył brwi. – Ale tu macie dowód na to, że są niebezpieczne. Usmażyły całą trawę, która, cholibka, w tej klatce była… Cud, że dokoła jej nie poniszczyły. 
– A ta… maź? – wskazał Potter. 
– Nie dotykaj. Podejrzewam, że to jakiś ich jad, mechanizm obronny, cokolwiek… Nigdy wcześniej o tych stworzeniach nie słyszałem ani nigdzie się z nimi nie spotkałem. U Zonka wam nie powiedzieli, jak się z nimi obchodzić?
– Szczerze mówiąc, nie interesowało nas to zbytnio – przyznał Syriusz, siadając na stercie drewna ułożonego pod ścianą chaty. – Po prostu weszliśmy tam, kupiliśmy te… dziergatki… i wyszliśmy. 
– No dobrze. Wyślę w takim razie sowę do Zonka, ewentualnie można poszukać w bibliotece jakichś książek na ten temat.

16 komentarzy:

  1. Hej:)

    Rozdział bardzo ciekawy i napisany przyjemnym w odbiorze stylem.

    Przykro mi, że Lily i Dorcas się pokłóciły, ale z pewnością dojdą do porozumienia. Są przyjaciółkami, a w przyjaźni często zdarzają się zgrzyty i chwile wątpliwości. Sama nie wiem, po której stanąć stronie. Lily ma rację, ponieważ zemsta jest najgorszym odwetem na zło, które nas spotkało, najlepiej wybaczyć i zapomnieć. Natomiast Dorcas chciała tylko spłatać chłopakowi małego figla, nie skrzywdziłaby go w żaden brutalny sposób. Myślę, że panna Evans powinna obrócić wszystko w żart i pogodzić się z przyjaciółką.

    Widzę, że James i Syriusz nie próżnują i już od pierwszych dni w szkole przypominają nauczycielom o swoim istnieniu.

    Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział i pozdrawiam serdecznie,
    Neithiria (zemsta-gwiazd)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, ale Lily reaguje trochę zbyt poważnie, nie lubi łamać regulaminu - stąd wynika jej takie, a nie inne zachowanie. To się jeszcze zmieni, ona też dorasta i również przechodzi metamorfozę, podobnie jak James, a ten rozdział był właśnie dla niej taką chwilą, kiedy zobaczyła, że to nie jest tak czarno-białe, jak myślała.

      Przecież to prawdziwi Huncwoci, nie mogłoby być inaczej... :D

      Dziękuję serdecznie za komentarz i za to, że wpadłaś!
      :)

      Usuń
  2. Myślę, że Lily i Dorcas mogłyby ze sobą porozmawiać. Dorcas nie podała Lily tego wywaru specjalnie i ta kłótnia nie musiała się tyle ciągnąć.
    James z Syriuszem kupili dziergatki i nie dowiedzieli się jak się z nimi obchodzi.
    Też na początku myślałam że to będą miłe stworzenia, a tu się okazuje że jest inaczej. I też się zastanawiam jak oni je przywieźli że np. Filch tego nie zauważył.

    Czekam na kolejny rozdział i życzę weny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogłyby, ale obie są dumne i uparte... ^^
      Tak, ponieważ są Huncwotami i najpierw coś robią, a dopiero potem myślą. Dlatego tak wyszło. :D
      Och, to było proste, w końcu mają już swoją Mapę, znają Hogwart jak własną kieszeń... Ukrycie dziergatek przed Filchem i ich przetransportowanie do Hogwartu dla nich naprawdę nie było trudne.

      Dziękuję serdeczenie! :D

      Usuń
  3. Coraz bardziej mi się podoba. Lily ma racje co do zachowania przyjaciół, ale i oni maja jej sporo w stosunku do niej. Cóż, wszyscy sa w okresie dojrzewania, wiec można to zrozumieć, aczkolwiek dziwi mnie, zd skoro Lily słusznie postanowiła, ze powinna porozmawiać z Dorxas, to biedlugo pózniej mówi Al, ze nie na takiego zamiaru. Ta złe pojęta duma Gryfonoe, ech. Pojawił się te fragment z Syriuszem, ach, może biespecjalnie zaskakujący, ale ja go i tak kocham xD zreszta tak sobie myśle, ze tę wille traktuje nieco inaczej niz poprzednie... Może dlatego, ze sie na niego nie rzuciła od razy ;) czekam na rozwiniecie tego wątku. McGonagall dobrze zrobiła, dając J i S taki, a nie inny szlaban, może sie naucza, ze niektóre, a właściwie większość działań, ma swoje konsekwencje. Ciekawe, co jedzą te ddziergarki:) ale ta rozmowa z Hagridem była taka urwana, wystarczyłoby dać jedno zdanie opisu i byłoby lepiej. A w opisie paprotki u McGonagall powinno byc "kwiatek", a nie "kwiatka". Zapraszam serdecznie na zapiski-Condawiramurs, jeste ciekawa Twojej opinii na temat mojego ostatniego wpisu;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to jest tak, że obie strony mają rację. Żadna nie chce ustąpić, więc muszą wypracować kompromis i się jakoś pogodzić. Och, ona z nią porozmawia, po prostu jest bardzo dumna i bardzo uparta, podobnie jak Dorcas - dlatego to nie będzie takie łatwe.
      Uhm, to prawda, coś w tym jest ^^ Co jedzą - to już w następnym rozdziale! :D Będzie się działo, zapewniam. Wiem, że rozmowa była urwana, tak mi wyszło z podziałem, no ale cóż, już nie będę tego zmieniać. ^^ Och, faktycznie, mój błąd, zaraz to poprawię! Dziękuję ^^

      Wpadnę, już dawno miałam nadrobić zaległości, ale jakoś wyjazdy spowodowały, że nie miałam jak skomentować. ^^

      Usuń
  4. Cześć :)
    Za jednym zamachem przeczytałam wszystkie rozdziały i bardzo mi się podobało! No, może Twoja Lily jest trochę histeryczna i wyolbrzymia takie pierdoły jak mały żarcik Dorcas, ale Huncwoci są świetni i cały klimat opowiadania bardzo mi odpowiada. Piszesz długie, ładne rozdziały, które przyjemnie się czyta.
    Dziergatki to bardzo ciekawy pomysł, z opisy przypominają trochę germliny, najpierw takie słodziutkie i puchate, a później małe potworki :p Ciekawe, co z tego wyniknie, mam tylko nadzieję, że nie jedzą ludzkiego mięsa i nie pożrą Huncwotów i Hagrida na dokładkę ;p
    Czekam niecierpliwie na kolejny rozdział. Przy okazji zapraszam do siebie, też piszę opowiadanie o czasach Huncwotów :)
    Z pozdrowieniami - Huncwotka/Eskaryna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, hej! ^^
      Ano Lily jest trochę histeryczna, ale hej! Taki wiek, poza tym ona też się zmienia, ewoluuje, to nie jest tak, że ma jeden charakter przez całe opko i w ogóle :D Dziękuję bardzo, cieszę się, że się podoba!
      No, wiem, tak to czasem bywa ^^ Najpierw by musiały zjeść pręty klatki, hah :D
      Dziękuję, wpadnę, ale to już o bardziej ludzkiej porze! :D

      Usuń
  5. Nie wiem, czy mnie pamiętasz, ale zagladałam do Ciebie na makowym polu. Przypomniałam sobie o makowym ostatnio, zajrzałam... i jakoś trafiłam tutaj. Jestem wierną fanką Snape'a, więc chyba jestem tą osobą, która by mu wszystko wybaczyła. Lily.. no cóż, mam nadzieję, że jakoś zrozumie że Snape jest fajniejszy od Pottera (do którego mam osobisty uraz;P) . Swoją drogą, ciekawie musiała w tych fioletowych włosach wyglądać, szkoda, żę nie idzie tego zobaczyć XD

    tym samym chciałabym Cię w przyszłości zaprosić do mnie na http://letnie-przesilenie.blogspot.com Wprawdzie nie umieściłam jeszcze prologu (wciąż go dopieszczam), ale na dniach coś się powinno pojawić.

    Ściskam gorąco!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że Cię pamiętam! :D
      Heh, rozumiem, ale Lily tak łatwo nie potrafi zapomnieć, w końcu to jej najbliższy przyjaciel, który nazwał ją szlamą przed wszystkimi... Każdemu byłoby ciężko wybaczyć.
      Generalnie ja nic nie mówię, ale w opku panuje kanon z mniejszymi lub większymi odstępstwami... xD Choć uraz do Pottera rozumiem, ofc, też mnie potrafi wkurzyć ^^'
      Mogę ci przerobić jakąś fotę Lily i dać jej fioletowe włosy, chcesz? :D

      Wpadnę!

      Usuń
  6. "– Evans, czy Smarkerus był sprawiedliwy, nazywając się szlamą? " - "cię" zamiast "się".
    A poza tym Mcgonagall nazwała Hagrida profesorem, a przecież w tamtych czas był gajowym i nikt się tak do niego nie zwracał. :)
    Więcej błędów nie zauważyłam, więc spokojnie mogę przejść do meritum.
    Kocham opowiadania o Huncwotach, od nich zaczęłam przygodę z blogosferą i do tej pory sentyment nie minął. Lily i James to jedno z moich pierwszych OTP (po Ani i Gilbercie :D), sama tyle razy o nich pisałam, uważam, że są dla siebie stworzeni, a Snape'a darzę ogromną niechęcią. Niech sobie ludzie mówią, co chcą, ale miłość do Lily nie zmienia faktu, że znęcał się nad dziećmi, był przepełniony nienawiścią i chętnie poświęciłby Jamesa i maleńkiego Harry'ego, by Lily przeżyła. Więc nie, nie był dobrym człowiekiem.
    Twoje opowiadanie (btw, śliczny tytuł!) jest dokładnie takie, jakie moim zdaniem powinno być opowiadanie o Huncwotach. Przyjemne, pełne ciepła, zabawne. I chociaż dużo rzeczy się powtarza (Dorcas jako przyjaciółka Lily, Syriusz-Casanova itd.) to piszesz tak lekko, z taką gracją, że naprawdę ogromnie przyjemnie mi się czytało i zostanę na dłużej.
    Cóż, Lily jest nieco dziecinna. Jej przyjaciele chcą jej pomóc, zemścić się za to, co zrobił Snape, a ona nawet tego nie dostrzega. Rozumiem, że jest ponad to i ma zupełnie inne poglądy, ale... Nawet Pani Prefekt może się mylić. I choć Syriusz i James zachowują się jak wkurzone dzieciaki to nie zmienia to faktu, że robią to dla niej. A to też coś znaczy.
    Ach, Syriuszu, jak ja kocham twoje przemyślenia. :D No, nikt nie lubi rezygnować z przyjemności.
    Kupienie nieznanych nikomu stworzonek i wpuszczenie ich do Hogwartu bez myślenia o tym, że może jednak nie są takie cute&fluffy, jak im się początkowo wydawało... Tak bardzo w stylu Huncwotów. <3
    Jestem bardzo mile zaskoczona odnalezieniem twojego bloga. Czekam na kolejny rozdział. <3
    Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do siebie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niby przeglądane dwa razy, a jednak literówka się wkradła... :D Dzięki! A to w sumie z przyzwyczajenia, masz rację, też poprawię.
      Po Ani i Gilbercie? Naprawdę? :D
      Dziękuję, cieszę się, że się podoba! Wiele wkładam w to opowiadanie, pisze mi się je lekko - co chyba widać. A Lily już niedługo zmieni zdanie, zobaczysz. Za jakieś sześć rozdziałów. xD
      Wpadnę, wpadnę!

      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Hahah, w zasadzie to nawet nie muszę wpadać, już to zrobiłam, nawet o tym nie wiedząc xD

      Usuń
    3. O, dzień dobry.:D Teraz zauważyłam, hahaha.
      Od razu widać, kiedy autorowi pisanie o czymś przychodzi z łatwością. Tutaj nie ma nic wymuszonego i jestem pod olbrzyyyyymim wrażeniem.
      Evans w sumie powinna być początkowo taka dumna, dziecinna i trochę głupiutka jeśli chodzi o takie rzeczy jak przyjaźń czy zaufanie. Po IŚ takie miałam o niej wyobrażanie, zawsze uważałam, że dopiero w wieku 16-17 lat zmądrzała. Więc i tak na plus. :D

      Usuń
  7. Dziergatki, fuj kojarzy mi się to z:
    dziergane gatki, a gatki z majtkami! To musiałoby, być takie niewygodne.

    Rozdział cudowny!

    OdpowiedzUsuń
  8. Chyba się powtórzę, mówiąc, jak bardzo podoba mi się Hogwart Twoimi oczami.
    W sumie to podoba mi się motyw oczarowanego Syriusza. Willow wydaje się być tym, czego on potrzebuje :D

    OdpowiedzUsuń

Czarodzieje