sobota, 11 lipca 2015

3. Bohaterskie czyny

Dopiero gdy poczuła zapachy dobywające się z Wielkiej Sali, zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo jest głodna. Lekcja eliksirów oraz odbywająca się po niej numerologia pozbawiły ją sił, z utęsknieniem oczekiwała chwili, kiedy będzie mogła opaść na fotel w pokoju wspólnym i absolutnie o niczym nie myśleć. Wywar z tymianku gotował się w łazience prefektów, a ona sama miała już dosyć biegania po całym zamku i uspakajania niesfornych uczniów. Zdążyła już nawet wlepić jeden szlaban, zarekwirować dwie wybuchające kulki i odjąć z kilkadziesiąt punktów wszystkim domom. Bycie prefektem było męczące.
– Hej, Evans! – Wyłowiła z gwaru panującego w sali znajomy głos. James wskazywał jej miejsce obok siebie, zresztą chyba jedyne wolne przy ich stole. Obok niego siedział Syriusz, w skupieniu zajadający się kurczakiem. Dorcas zajmująca kawałek ławy po drugiej stronie, obok Al, mordowała wzrokiem Petera naprzeciwko niej, niewyraźnym wzrokiem wpatrującego się w swoją kukurydzę. 
Lily z ulgą opadła na miejsce zrobione jej przez Jamesa; z drugiej strony miała właśnie nieszczęśliwego Glizdogona. Poklepała go z rozmachem po plecach. 
– Wyglądasz jak kupka nieszczęścia – stwierdziła z uśmiechem.
– Wyobraź sobie – zaczęła z sykiem Dorcas; z jej widelca zleciał kawałek pomidora wprost na kolana dziewczyny, lecz się tym nie przejęła – że ten dupek skradł mój pamiętnik i go jeszcze przeczytał! 
– Ach, uhm, to bardzo nieładnie. – Lily sięgnęła po sok dyniowy znajdujący się w szklance tuż koło jej talerza. Bardzo chciało jej się pić. – Powinnam za to odjąć punkty Gryffindorowi? 
– Lily! 
– Jak zawsze zimna, Evans. – Usłyszała rechot Syriusza. Wzruszyła ramionami w odpowiedzi, zajęta piciem soku. Smakował dziwnie. Jakby ktoś dodał do niego pieprzu. Skrzywiła się, wycierając usta serwetką. 
– Lily, nie pij tego! – krzyknęła nagle Dorcas, zwracając uwagę na to, co przyjaciółka robi. 
– Dlaczego nie? – Patrzyła pytająco to na nią, to na szklankę trzymaną w dłoni. Znajdowała się wciąż w niej resztka soku. – Przecież to tylko sok dyniowy.
– Zmieszany z Morbo Piperis.
Huncwoci, Alice i Lily zamilkli, spoglądając na Dorcas. Ostatnia z nich odłożyła szklankę, jakby ją parzyła. 
– Nie patrzcie tak na mnie – jęknęła Meadowes, z rozpaczą zanurzając dłoń w swoich gęstych, brązowych włosach. Na jej kolanach nadal tkwił kawałek pomidora; już zdążyła o nim zapomnieć.
– Czy ja dobrze słyszę? – spytała wreszcie Lily. – To jest sok dyniowy. Do którego dodałaś Morbo Piperis. 
– Tak – potwierdziła słabym głosem dziewczyna.
– W jakim celu?
– To miał być sok dla Glizdka! Zemsta za zabranie pamiętnika! – wytłumaczyła się, spoglądając na chłopaka z nienawiścią widoczną w oczach. – Nie mogę tak łatwo puścić tego płazem! Lily, przepraszam… Nie chciałam, żebyś to piła…
Dziewczyna poczuła, że jej się robi słabo, starała się to jednak zamaskować.
– Hej, Evans, mam nadzieję, że nie zejdziesz tu na zawał. – Słowa Jamesa przywróciły ją do rzeczywistości, więc spojrzała hardo na Dorcas. 
– Czy ty całkowicie już oszalałaś? – spytała rzeczowo. O dziwo, nie zadrżał jej głos. 
– Lily, nie zabrać cię do skrzydła szpitalnego? – odezwała się Alice z troską. – Jeżeli to faktycznie ten wywar, powinnaś odpocząć…
– Nic mi nie jest. – Uśmiechnęła się blado do przyjaciółki. – Jestem po prostu zmęczona. Nie wypiłam dużo, nie powinnam się rozchorować ani nic. Muszę tylko coś zjeść, bo zaraz umrę z głodu.
Jakby na potwierdzenie tych słów, jej żołądek zaburczał. Nałożyła sobie na talerz udko kurczaka i zagłębiła się w nie, ignorując błagalne spojrzenia Dorcas. Nie chciała z nią teraz gadać. Nie miała na to siły.
– Lily, za chwilę OPCM, jeszcze padniesz trupem – mruknęła Al. 
– Nic mi nie jest – powtórzyła. – I nic mi nie będzie. Dajcie spokój. Nie jestem ostatnią sierotką, żeby zemdleć na lekcji albo na korytarzu. 
Skończyli jeść w milczeniu, nawet zazwyczaj rozmowni i skłonni do żartów Huncwoci nie odzywali się zbytnio. Lily wstała jako pierwsza, stwierdzając, że musi jeszcze skoczyć do Wieży Gryffindoru po książki.
– Pójdę z tobą, Evans – zaoferował się James, jeszcze zanim Al zdążyła otworzyć usta w proteście. 
– Nie trzeba mi rycerza ani ochrony – warknęła. – Jak zawsze bohater!
– Daj spokój, Evans. Ledwie się trzymasz na nogach. Kto cię podtrzyma, jeżeli upadniesz? – Zaprezentował w uśmiechu pełne uzębienie, kiedy przedzierał się za nią przez korytarz pełny uczniów. 
– Jak zwykle aż NAZBYT pewny siebie, Potter – mruknęła. 
– Jak zwykle aż NAZBYT zimna, Evans – odparł. 
– Nie musisz za mną łazić.
– Nie wybaczyłbym sobie, gdybym musiał zaprzestać tych drobnych złośliwości… Gdybym nie miał kogo zaczepiać, moje życie straciłoby sens. 
Śmiał się, słyszała to. Zacisnęła zęby, mijając kolejną grupkę rozchichotanych na jego widok dziewczynek z pierwszego roku. Ucichły, gdy spoczęło na nich mordercze spojrzenie Lily. 
– Odwal się, Potter.
– Nigdy.
Dotarli do Wieży Gryffindoru kilka minut później. Portret Grubej Damy odchylił się, gdy Lily wypowiedziała hasło – kanarkowe ciastka – i weszli do pokoju wspólnego. Lily znajdowała się już na schodach prowadzących do jej dormitorium dzielonego z Dorcas oraz Al, kiedy usłyszała głos Jamesa. 
– Evans.
Zatrzymała się i powoli odwróciła, chwytając poręczy.
– Co?
W jego orzechowych oczach błyskały łobuzerskie ogniki, kiedy tak stał pośrodku pokoju, jak zwykle dumny i pewny siebie.
– Umówisz się ze mną?


Sala przeznaczona do zajęć obrony przed czarną magią wyglądała tak samo, jak w ubiegłym roku szkolnym. Nowy nauczyciel albo nie zdążył się jeszcze tu zadomowić, albo nie zamierzał zmieniać wystroju klasy. Na razie jednak uczniowie mogli, jak zwykle, podziwiać wiszące na ścianach obrazy przedstawiające znanych aurorów, co chwilę znikających ze swoich ram, by pojawić się u sąsiada i poplotkować. Niewielu z nich ktokolwiek kojarzył, jedynie osoby bardziej zainteresowane historią magii.
Siadali w dwuoosbowych ławkach, nie wiedząc jeszcze, czego się spodziewać. Lily zajęła miejsce tuż koło Al, uparcie ignorując błagalne spojrzenia Dorcas. Wyciągnęła z torby podręcznik i położyła go przed sobą, pustym wzrokiem wpatrując się w biurko nauczycielskie. Szumiało jej w głowie; zamknęła oczy.
– Dzień dobry. – Na schodkach znajdujących się obok stołu nauczycielskiego i prawdopodobnie wiodących do prywatnych komnat pojawił się szczupły mężczyzna. Miał na głowie szopę jasnych włosów koloru słomy; jego szare oczy uważnie lustrowały zamarłych w oczekiwaniu uczniów. – Nazywam się Innis Conroy, byłem jeszcze do niedawna aurorem i, jak wiecie, będę od dzisiaj waszym nauczycielem chlubnego przedmiotu, jakim jest obrona przed czarną magią. Wiem, że niektórzy z was są tu tylko dlatego, że potrzebują zaliczenia na OWUTEMy, jednakże uważam, że umiejętność obrony przed czarną magią jest dzisiaj konieczna. Podstawowe zaklęcia znają wszyscy, ale jak przychodzi co do czego, wszyscy nagle okazują się bezradni. Chcę was nauczyć podejmowania ryzyka. Chcę was nauczyć tego, żebyście w razie niebezpieczeństwa naprawdę potrafili się obronić – zamiast krzyczeć ze strachu z opuszczonymi różdżkami. Chcę was nauczyć tego, byście nie tracili zimnej krwi. 
Zszedł powoli po stopniach i stanął przy stole. Lily miała wrażenie, że jego wygląd całkowicie kontrastuje z wypowiedzianymi słowami – powaga nie licowała z chłopięcą twarzą nauczyciela. Musi być młody, pomyślała. Niewiele starszy od nas samych. 
– Jakieś pytania, wątpliwości? – Rozejrzał się po klasie, czekając, aż ktoś się odezwie. – Nie widzę. W takim razie zabierzemy się od razu do pracy. Otwórzcie, proszę, podręczniki na piątej stronie. Zaczniemy od rzeczy prostych, przejdziemy później do trudniejszych i przy okazji dowiem się, jak stoicie z materiałem z ubiegłych lat.
Zaszeleściły przewracane kartki, kiedy uczniowie kartkowali podręczniki. Lily zmusiła się, żeby zrobić to samo. Chciało jej się spać, niewiele brakowało, żeby po prostu położyła się na ławce. Na dodatek miała wrażenie, że jej żołądek zwinął się w supeł. Przyłożyła dłoń do czoła, wbijając wzrok w tekst w książce leżącej na ławce przed nią. Nie mogła się jednak skupić, litery tańczyły i się rozmazywały. 
– Dobrze się czujesz? – Usłyszała nad sobą. Uniosła wzrok. Przy jej ławce stał nowy nauczyciel, patrzył na nią z troską. 
Nie miała siły, by odpowiedzieć; pokręciła jedynie głową. 
– Chodź, zaprowadzę cię do skrzydła szpitalnego – zaproponował. 
– Do pro… profesora Slughorna – wychrypiała z dużym trudem. Zakaszlała, czuła się, jakby miała w gardle gigantyczną gulę.
– Do profesora Slughorna? – powtórzył z niedowierzaniem nauczyciel, kładąc dłoń na jej ramieniu i przykucając, by lepiej widzieć twarz dziewczyny. – Dlaczego, moja droga?
– Wypiła wywar Morbo Piperis – odpowiedziała Alice w imieniu przyjaciółki. Widziała, że ta nie potrafi się skoncentrować i wydusić z siebie choć jedno składne zdanie. – Profesor Slughorn ma antidotum, jak sądzę.
– Och. Dobrze. W takim razie chodźmy. – Wstał i, zanim ktokolwiek się zorientował, wziął zemdloną Lily na ręce. – Zajmijcie się czytaniem tematu z podręcznika – rozkazał ostro, widząc, jak uczniowie szepczą do siebie, komentując zajście. 
Wyszedł z klasy, odprowadzany ciekawskimi spojrzeniami.

           


– Połóż ją, proszę, na kanapie – powiedział zatroskany Slughorn, zabierając szybko z mebla sterty papierów. – Jak mogę pomóc? Co się stało? Dlaczego nie zanieśliście jej do skrzydła szpitalnego? 
Stanął bezradnie nad Lily, gdy tylko Innis złożył ją ostrożnie na kanapie. Wyglądała na pogrążoną we śnie; fioletowe loki rozsypały się na poduszce. Oddychała równo. 
– Wypiła Morbo Piperis – szepnęła Alice, która przyszła w ślad za nauczycielem. – Ma pan antidotum? 
– Mam, oczywiście. – Horacy poklepał się po kieszeniach, marszcząc w zamyśleniu czoło. – Gdzie ja go… A, tak.
Włożył go przecież do szafki z eliksirami po lekcji z Gryfonami. Do tej samej szafki, która stała w jego gabinecie tuż pod oprawioną w złote ramy fotografią ubiegłorocznych członków Klubu Ślimaka. Sięgnął teraz do niej, wyciągając zakorkowaną buteleczkę wypełnioną do połowy szafirowym, klarownym płynem. Potrząsnął nią, odczytał dla pewności napis znajdujący się na etykiecie. Pozostałe znajdujące się w pomieszczeniu osoby obserwowały z uwagą jego ruchy. 
– Panna Evans… Trzeba ją ocucić – stwierdził mistrz eliksirów, przechylając głowę. 
Innis przytaknął, wyciągając z kieszeni różdżkę, po czym powiedział:
Rennervate
Lily ocknęła się, potoczyła nieprzytomnym wzrokiem po otoczeniu, jakby nie wiedząc, gdzie się znajduje i co w ogóle tu robi. Skrzywiła się, czując, jak jej głowa pulsuje tępym bólem. Alice skwitowała przebudzenie przyjaciółki okrzykiem radości.
– No dobrze, Lily – Slughorn podszedł do niej i przykucnął przed kanapą – wypij to. Nie za dużo, łyk wystarczy.
Podał dziewczynie buteleczkę. Ujęła ją w drżące dłonie, po czym wypiła łyk napoju. Przełknęła szybko, płyn palił w gardle. Jednakże dosyć szybko poczuła się lepiej – na tyle lepiej, że mogła wstać z kanapy bez zawrotów głowy. Nadal jednak była blada.
– Jak się czujesz? – spytał nauczyciel obrony przed czarną magią, wciąż patrząc na Lily zatroskany.
– Jak wyżęta ścierka – mruknęła niechętnie, pocierając czoło. 
– Chcesz iść do skrzydła szpitalnego? – zaproponowała Alice. 
– Nie, czuję się dobrze, jestem po prostu zmęczona. 
– Powinnaś odpocząć. Alice, odprowadzisz pannę Evans do dormitorium? Niech już nie wraca na lekcje – zadysponował Innis, stając obok profesora Slughorna. Zmierzył Lily spojrzeniem, jakby upewniając się, czy da radę o własnych siłach dojść do Wieży Gryffidoru.
– Dobrze, panie profesorze. Chodź, Lily. Dasz radę tam dojść? 
– Tak, przecież nie jestem kaleką, Al. Dam radę.
Mała sówka siedząca na parapecie mrugnęła brązowymi ślepiami, kiedy Lily i Alice opuszczały pomieszczenie, i upuściła na podłogę brązową kopertę.


Następnego dnia Lily czuła się o wiele lepiej, co nie znaczyło, że jej humor się poprawił. Wstała z łóżka bez straszliwego bólu głowy i nie wyglądała już, jakby miała zemdleć. Nadal jednak ostentacyjnie ignorowała Dorcas, izolowała się również od Al. 
Drugi dzień pobytu w Hogwarcie, a ja mam już dość, pomyślała, obserwując, jak profesor Flitwick demonstruje zaklęcie formowania w powietrzu ognistych liter. Proste i efektowne, ale niezbyt przydatne. W sam raz na pierwszą lekcję zaklęć w tym roku. Westchnęła cicho, wykonując lekki ruch nadgarstkiem.
Flagrate! – powiedziała niezbyt głośno, ale wyraźnie. W powietrzu przed nią natychmiast pojawił się ognisty napis: „Lily Evans”. 
– Bardzo dobrze, panno Evans! – pochwalił ją nauczyciel. – Panno McKinnon, proszę sobie dokładnie zwizualizować w głowie napis! Porządny ruch nadgarstka! Bardzo dobrze, bardzo dobrze.
Lily z rezygnacją złożyła głowę na blacie.


– Proszę, proszę, Evans, samotne wcinanie zupy? Gdzie masz swoje ukochane przyjaciółeczki? – Syriusz Black zajął przy wspólnym stole miejsce naprzeciwko niej, odgarniając na plecy czarne, splątane włosy. Jego oczy rozbłysły.
– Nie interesuj się, Black, tylko powiedz, gdzie ty masz swoją świtę? – Wycelowała w niego widelec, na którym znajdował się kawałek pomidora. 
– Nie tak gwałtownie, Evans, jedzenie ci ucieknie. – Uśmiechnął się dziwnie, po psiemu wylizując swój talerz. Widząc spojrzenie Lily, dodał: – Upewniałem się, czy jest czysty. Taka mania. Bez nerwów, pani prefekt. Przy okazji, bardzo ci do twarzy w nowym kolorze. Wczoraj mnie z wrażenia zamurowało i nie byłem w stanie sensownie wyrazić swojego zachwytu. Gdzie kupiłaś tę cudowną farbę, pani prefekt? Bardzo chciałbym ją nabyć.
Ze stoickim spokojem nałożył sobie na talerz placek, zdając się nie dostrzegać, jak twarz Lily przybiera czerwony odcień. 
– Black!
– Słucham, Evans?
– Jesteś równie bezczelny, co Potter. – Zdenerwowana założyła fioletowy kosmyk za ucho, świdrując Syriusza wzrokiem. 
– To był komplement, Evans? Twoje słowa są miodem na me serce. Nigdy nie sądziłem, że mu dorównam. 
– Gdzie podziałeś swoich bezczelnych towarzyszy, Black? Nie sądziłam, że ich nie zabierzesz, by przyklaskiwali twojej głupocie. Zwłaszcza Potter.
– Boli cię to, Evans – stwierdził Syriusz, tym nagle wypowiedzianym zdaniem zbijając Lily z tropu.
– Że niby co? – warknęła. 
– Że niby to, że jego tu nie ma. Że przyszedłem tylko ja, nudny i bezczelny Syriusz Black. – Z dumą zabrał się za pałaszowanie jajka. – Spokojnie, nie powiem mu.
– Komu?
– Nie udawaj głupiej, pani prefekt, bo tylko się wydurniasz. Obiecuję ci, że kiedyś zrozumiesz, o czym mówię. Ale my tu gadu-gadu, a na drugim piętrze trwa impreza! – Dojadłszy jajko i wylizawszy talerz, zerwał się z miejsca; za nim z Wielkiej Sali wypadła Lily.
– Black! Jaka impreza?! BLACK!
Pobiegła za nim przez korytarze z wolna zapełniające się uczniami, nie zadając sobie trudu, żeby się zatrzymać i przeprosić potrącanych Krukonów. Nie miała na to czasu. Zadyszała się, kiedy wreszcie dotarli na drugie piętro. Przyhamowali tuż przy obrazie garbatej czarownicy, wychylającej się ze swoich ram. Postacie namalowane na płótnach wiszących na tej ścianie rozmawiały ze sobą, wyraźnie czymś poruszone. Na końcu korytarza zbierał się już całkiem spory tłumek uczniów, wciąż napływali kolejni i dołączali do zbiorowiska. Zdenerwowana Lily przepchnęła się do przodu, pełna złych przeczuć. Młodzi czarodzieje niechętnie się przed nią rozstąpili, gdy machnęła ręką oraz odznaką prefekta. Kto jak kto, ale Lily Evans była w Hogwarcie poważana i szanowana. 
Jednak nawet ją, wiedzącą, na co stać szkolnych dowcipnisiów, wmurowało w ziemię na widok muszli klozetowej sterczącej pośrodku korytarza, w której beztrosko pluskały się trzy nieokreślonego gatunku puchate stworzonka o białej sierści i wielkich, czarnych oczach. Pomiędzy nimi pływały podręczniki do transmutacji i eliksirów. Wokół Lily rozbrzmiewały chichoty, fala śmiechu się wzmagała. Dostrzegła na jednej z okładek podpis „Severus Snape”. Jej policzki przybierały barwę czerwieni. Wiedziała, że komuś przyjdzie za ten żart drogo zapłacić, nawet jeżeli drogi jej i Severusa się, delikatnie mówiąc, rozeszły.
Zawahała się, nie wiedząc, co robić, ale w końcu rzuciła się w stronę muszli, podwinęła rękaw szaty i prędko wyciągnęła wrzucone do środka książki. Położyła je na podłodze; były doszczętnie przemoczone, na szczęście wystarczyło użyć zaklęcia wysuszającego, żeby wróciły do pierwotnego stanu. 
Dostrzegła spieszącego korytarzem woźnego Argusa Filcha z nieodłączną Panią Norris u nogi. Mamrotał pod nosem przekleństwa pod adresem „niecnych rozrabiaków, którzy żyć nie dają”. Tuż za nim biegła profesor McGonagall.
– Rozejść się! No już! – krzyknęła Lily w stronę zgromadzonego tłumu. – Idźcie na lekcje. Ruszać się! Povell, chyba nie chcesz, żeby twój dom stracił kolejne dziesięć punktów z twojej winy?! 
– Kto to zrobił? – Koło Lily jak spod ziemi wyrósł patykowaty chłopak o czarnych, przetłuszczonych włosach. Dziewczyna bez słowa podała mu osuszone podręczniki. Przyjął je, odwzajemniając spojrzenie; w jego czarnych oczach malowała się udręka. – Lily… Proszę, czy możemy porozmawiać?
Spojrzała na popiskujące u jej nóg puchate stworzonka, wciąż mokre po kąpieli w muszli klozetowej.
– Nie, Severusie – ucięła. – Nie mamy o czym rozmawiać. Mówiłam ci już.
– Lily, chciałem cię przeprosić…
– Przeprosić? Za co?! – Odwróciła się do niego z furią. – Za to, co powiedziałeś?! Za to, że sam z własnej woli zakończyłeś naszą przyjaźń?! Czy może za to, że przez całe lato nie dawałeś znaku życia?!
Była bliska płaczu, widział to.
– Lily, przepraszam! Za wszystko! – krzyknął bezradnie, nie bacząc na to, że upuścił książki. Rozłożył szeroko ręce, jakby chciał ją przytulić. Osiągnął jedynie to, że bardziej niż zwykle przypominał nietoperza.
– Odejdź – wyjąkała, usiłując nie wybuchnąć płaczem na środku korytarza. Wystarczająco wiele nocy straciła na łkanie w poduszkę. – Odejdź, Severusie.
– Cóż za rozczulająca scena, Smarkerusie. – Zza zakrętu korytarza wyłonił się Syriusz, klaszcząc w dłonie. Obok niego szli James i Peter, uśmiechający się złośliwie. – Naprawdę, nie wiedziałem, że ta impreza zakończy się właśnie tak! Piękne przedstawienie.
– Panie Black! – rozległ się ostry głos profesor McGonagall, o której stojący na korytarzu uczniowie zdążyli już zapomnieć, podobnie jak o woźnym z nieodłączną kotką, miauczącą na puchate stworki drepczące wokół nóg Lily. – Czy to pan odpowiada za całą tę szopkę tutaj?! 
– Whoa, pani profesor… – skomentował James; Huncwoci jak na komendę zatrzymali się w pół kroku, widząc swoją opiekunkę. – Niestety jednak to nie my odpowiadamy za tę piękną imprezę. 
– A kto? 
– Dziergatki…? – Wskazał białe kulki, które zbiły się w kupkę i patrzyły na niego ze strachem.

9 komentarzy:

  1. Condawiramurs11 lipca 2015 14:49

    Jakoś ww tym rozdziale wszyscy wydali mi się mega dziecinni. Lily mnie denerwuje, james mnie denerwuje, Dorcas mnie denerwuje, Peter mnie denerwuje... Syriusz też mnie denerwuje, aczkolwiek najmniej, bo po pierwsze jest Syriuszem, a lpo drugie robi nto w uroczy sposób, ponadto okazuje się byc dobrym obserwatorem, bo już teraz widiz, że Pannie Evans w jakiś sposób zależy na nieznosnym Potterze (Boże, czy naprawdę musiał zadac akurat to pytanie xDxD?).... Bardzo podobał mi się żart na koncu, pomyslowy xD CHoć jednak trochę niemiły dla włascicieli tych podreczników. Ciekawe, kim są te słodkie Dziergatki xD Spodobał mi się ich opis. I mimo ze bohaterowie mnieb denerwowali, rozdział mi się podobał, bo byl dobrze napisany i wywoływał emocje. Swietnie się go czytało.Zapraszam do mnie na nowość, jestem ciekawa Twojej opinii

    OdpowiedzUsuń
  2. Chcesz zginąć za "pokój wspólny" i "skrzydło szpitalne" zapisane wielkimi literami? Chcesz? NO CHCESZ?!
    Jeez, wszyscy w tym rozdziale rozwrzeszczani jacyś, za duże stężenie emocji i darcia się. W ogóle czemu Alicja ma na imię Alicja, nie Alice? Ona polką jest? (Dopuszczam możliwość, że mam sklerozę - to rodzinne).

    OdpowiedzUsuń
  3. Wiem, że miałam wpaść z komentarzem dużo, dużo wcześniej. Jednak ostatnio cierpię na potworny brak weny - czy to na komentowanie, czy na pisanie nowych rozdziałów.
    No dobra, ale nie będę się rozpisywać bez jakiegoś składu czy ładu. Przekażę, co miałam przekazać i zmykam. Otóż, opowiadanie czytało mi się bardzo przyjemnie, choć musisz wiedzieć, że wszelkie ff do mnie zwyczajnie nie przemawiają. Znudziła mi się ta tematyka i opowiadanie musi mieć w sobie to coś, abym jednak zaczęła czytać. Cóż, u ciebie postanowiłam się przełamać i wcale nie żałuję. Twoje postacie są barwne, choć momentami może nie zachowują się tak, jak ja bym oczekiwała od osób w ich wieku. No, ale to nie jest takie ważne.
    Wcale nie dziwię się, że Lily czuje się obrażona na Dorcas. W końcu całe to zajście mogło skończyć się dużo gorzej, gdyby nie szybka reakcja i podanie lekarstwa. Po części rozumiem pobudki D. bo pewnie też bym się wściekła, gdybym pisała pamiętnik i ktoś by mi go zabrał, po czym przeczytał. Też domagałabym się zemsty, ale przy tym uważałabym, aby nikogo nie skrzywdzić. Ona przesadziła. Stanowczo.
    James i paczka znowu dokazują ;) Lubię ich, choć niekiedy są aż nazbyt dziecinni... No, jak to oni. Nie można chyba od nich wymagać zbyt wiele.
    Zastanawiają mnie jeszcze te stworzonka... W mojej wyobraźni są nieziemsko urocze, ale skąd się właściwie wzięły w szkole? Mam nadzieję, że to wytłumaczysz przy okazji kolejnego rozdziału :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Peter źle zrobił że przeczytał pamiętnik Dorcas, ale nie trzeba byl o chyba dawać mu tego eliksiru który w końcu Lily wypiła. Dobrze że Slughorn miał to antidotum. Ale ciekawe kto by się zajął Peterem gdyby on to wypił.
    No i ciekawe kto wrzucił książki Snape'a do muszli. Bo jak nie Huncwoci to kto :).

    Czekam na kolejny rozdział i życzę weny.

    OdpowiedzUsuń
  5. Przepraszam, że dopiero tera, ale wczoraj zdałam sobie sprawę, że mam okropne zaległości na waszych blogach i spięłam, że tak powiem, tyłek.

    Podoba mi się, jak prowadzisz akcję. Nie za szybko, nie za wolno, a w sam raz. Ten rozdział jakoś sprawił, że nie lubię Lily tak bardzo jak kiedyś. Przede wszystkim scena z Severusem mnie zabolała. Rozumiem, że ją skrzywdził, ale naprawdę tak trudno jej spróbować mu wybaczyć? Przecież widać, że źle się czuje z tym, co powiedział, a mimo to Lily nie potrafi zapomnieć,

    To bylo takie słodkie, kiedy Potter ją odprowadził do pokoju! Widać, że już niedługo będą ze sobą.

    Przede wszystkim nie rozumiem, dlaczego Lily tak wściekła się na Dorcas. Owszem, źle zrobiła, no ale to nie Evans miała zostać "ofiarą", prawda?

    No cóż, pozdrawiam,i czekam na kolejny rozdział, Native

    http://martwi-przed-switem.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Witaj!
    Trafiłam na Twojego bloga, szukając czegoś o zacnej czwórce Huncwotów i powiem Ci, że się tutaj zadomowię:)
    Bardzo, bardzo, ale to bardzo spodobało mi się Twoje opowiadanie. Twój styl jest lekki i przyjemny w odbiorze. Mam nadzieję, że doczekam na Twoim blogu epilogu i szczerze trzymam kciuki za to, że stworzysz piękną historię,

    Biedna Lily, troszkę jej współczuję, bo oberwała za niewinność, ale czasem się tak zdarza, więc powinna obrócić całą sytuację w żart i wybaczyć Dorcas.

    Dzięki tej prozaicznej sytuacji, gdy Lily usiadła obok Jamesa na ławce w Wielkiej Sali, pokazałaś, że nie będziesz wprowadzać na siłę naburmuszonej i złej na całej świat Lily, tylko taką, o jakiej mówił Remus - kochająca, wyrozumiała, dobra przyjaciółka. Rozumiem, że taki jest kanon, że Lily ciągle złości się na Pottera, jednak miło, gdy takie relacje przeplatają się z koleżeńskimi.

    Cieszę się, że Lily pokłóciła się z Severusem. Chłopak wybrał stronę, po której chce walczyć, więc lepiej, jeśli da pannie Evans żyć własnym życiem. Snape chyba nie przewidział, ze Voldemort tępi takich jak Lily, więc przyłączając się do jego świty, automatycznie zgadza się z jego poglądami. Poza tym nigdy nie lubiłam tego bohatera, wyżywał się na niczego winnym chłopcu, który i tak miał wystarczająco ciężko w życiu, wychowując się bez rodziców.

    Z pewnością będę do Ciebie zaglądać i z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział, który ma się pojawić dzisiaj, tak?:) W wolnych chwilach zapraszam do mnie, jednak nie wiem, czy lubisz historię młodego pokolenia.

    Pozdrawiam serdecznie,
    Neithiria.

    OdpowiedzUsuń
  7. Khym, khym... Czy Lilly wie, że istnieje coś takiego jak różdżka? Jeśli tak to wypadałoby ją wyciągnąć, a nie grzebać rękami w sedesie!

    OdpowiedzUsuń
  8. Uwielbiam, kocham, UBÓSTWIAM Twojego Jamesa. Kurcze, jego stosunek do Lily jest genialny. Lily też wyszła Ci świetnie, wszyscy jakoś wyglądają tu tak naturalnie i idealnie na miejscu *zazdro*.
    I jestem ciekawa co to są te dziergatki i o co chodzi w tym kawale.

    OdpowiedzUsuń

Czarodzieje