sobota, 20 czerwca 2015

2. Morbo Piperis

Kolejny dzień rozpoczął się wrzaskiem Dorcas i sykiem jej przerażonego kota, uciekającego przed ciskanymi w niego książkami. Lily otworzyła oczy, zastanawiając się, która może być godzina. Odrzuciła kołdrę, spoglądając na przyjaciółkę miotającą pod nosem przekleństwa i przeszukującą z frustracją swój kufer.
– Co się stało? – spytała, ziewając szeroko. Przeczesała dłonią swoje fioletowe włosy, poskręcane w nocy w dzikie loki.– Zgubiłam swój pamiętnik! – wrzasnęła zirytowana dziewczyna. 
– Nie zostawiłaaaaaś – ziewnęła ponownie – go w domu? Poza tym po co ci pamiętnik o tak nieludzkiej porze?
– Nieludzkiej? Jest już wpół do ósmej! – Dorcas kolejny raz przetrząsała zawartość kufra, a gdy to nic nie dało, przejrzała rzeczy leżące na łóżku. – Po prostu go potrzebuję i już. Nie chcę myśleć, co by było, gdyby wpadł w niepowołane ręce, brrr. To zbyt prywatne zapiski!
– Już wpół do ósmej?! Merlinie! – Lily zerwała się z łóżka. – Dlaczego mnie nie obudziłyście? 
– Spałaś tak słodko snem sprawiedliwej, że nie chciałyśmy cię budzić. Doceń nasze dobre serce. – Dziewczyna wycelowała w nią róg trzymanego w ręce podręcznika. Panna Evans jedynie uśmiechnęła się, wyciągając z kufra swoją szkolną szatę. 
– Pójdę się przebrać.
– Al okupuje łazienkę – uprzedziła ją Dorcas. – Tylko mówię. 
– Jak zwykle – westchnęła Lily. 
– Bardziej mnie martwi, co się stało z tym przeklętym pamiętnikiem! Na gacie Merlina, gdzie ja go posiałam… Może faktycznie zostawiłam go w domu. Nie mógł mi wylecieć z kufra, to absolutnie niemożliwe.
– Spokojnie, odnajdzie się. Na pewno. – Lily przeczesała dłonią włosy, targając je jeszcze bardziej.

           
Pierwszą jej lekcją w nowym roku szkolnym, jak dowiedziała się Lily przy śniadaniu z nowego planu, miały być eliksiry. Co prawda jak zawsze ze Ślizgonami, jednak cieszyła się na spędzenie dwóch godzin w lochach – jakkolwiek dziwnie to nie brzmiało. Uwielbiała Eliksiry. Była prymuską, więc celowała we wszystkich przedmiotach, jednak to z Eliksirami czuła się związana najbardziej. Nie wiedziała dlaczego, po prostu sposób powstawania wywarów fascynował ją tak samo, jak niektórych rzucanie zaklęć oraz uroków. Niewiele osób potrafiło zrozumieć jej pasję. A akurat jedna z nich przechodziła koło jej stołu.
Severus Snape. 
Zamarła z tostem w ręce, zadygotała, kiedy chłopak zatrzymał się naprzeciwko niej. Miała ochotę roześmiać się z rozpaczą. Nic się nie zmienił przez wakacje, podczas których się z nim nie widziała; wciąż te same przetłuszczone czarne włosy, ziemista cera, spiczaste uszy, pelerynka, która sprawiała, że przypominał jeszcze bardziej nietoperza. Na jego lewej piersi lśnił szmaragdowy wąż Slytherinu. Patrzył na nią z determinacją widoczną w oczach.
– Lily – szepnął cicho.
– Severusie. Odejdź. Proszę. Nie chcę z tobą rozmawiać. – Opuściła głowę, wbijając wzrok w talerz. Nie mogła na niego patrzeć. Natychmiast w jej pamięci stawał obrazek z końca piątego roku, wciąż żywy i piekący jak świeża rana.


– Lilyanne Evans, proszę, proszę! Jesteś taka sama jak oni! Miłośniczka mugoli! Jesteś nikim, rozumiesz?! Jesteś szlamą! SZLAMĄ! – krzyknął, ledwo opadł na ziemię. Uderzył boleśnie, ale to było lepsze niż wiszenie do góry nogami w wyniku kolejnego głupiego żartu Huncwotów. 

Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Jej rude włosy błyszczały w słońcu, podczas gdy w jej oczach… W jej oczach malowało się poczucie zdrady, rozczarowania i w końcu ból. Przez chwilę myślała, że się przesłyszała. Jej Severus… nazywający ją szlamą?! Poczuła, że zaczyna płakać. Jej najlepszy przyjaciel się od niej odsunął, wbijając nóż w plecy. Zacisnęła drobne dłonie w pięści. On sam pożałował tych słów, ledwo je wypowiedział. 

– Jak ją nazwałeś, Smarku?! JAK JĄ NAZWAŁEŚ?! 
Upadła na kolana, nie widząc, jak wściekły James Potter uderzył Severusa w twarz. Remus objął ją, szepcząc uspokajająco jakieś słowa; i tak go nie słuchała. Miała ochotę wyć.


– Muszę z tobą porozmawiać.
Nie widzieli się przez całe wakacje, od pamiętnego incydentu się do siebie nie odzywali – a raczej to ona uparcie go ignorowała. Nie miała zamiaru dać mu drugiej szansy, nie po czymś takim. Przestała protestować, kiedy Huncwoci mu dokuczali, wszystko, co się z nim wiązało, było jej wybitnie obojętne. A teraz miał czelność tak po prostu przyjść i prosić ją o rozmowę?! 
– Nie mamy o czym rozmawiać. – Kolejny kawałek tosta powędrował do jej ust.
– Lily, proszę… 
– Czego od niej chcesz, Smarkerusie? – Koło Snape’a pojawił się James Potter. Patrzył na swojego największego nieprzyjaciela złowrogo, bawiąc się trzymaną w palcach mahoniową różdżką. Jeden jedyny raz w życiu Lily była mu naprawdę wdzięczna za wybawienie ją od męki rozmowy ze Ślizgonem.
– Właściwie to… nic. Pójdę już. – Severus skapitulował, nie będąc w nastroju do wdawania się w bójkę z nim, zwłaszcza w Wielkiej Sali, zwłaszcza w obecności Lily. Mimo wszystko wciąż miał nadzieję, że uda mu się naprawić to, co zniszczył tymi kilkoma słowami wypowiedzianymi we wściekłości. Dlatego musiał z nią porozmawiać. Nie udało się to podczas wakacji, unikała go, zatrzaskując drzwi pod nosem, ale teraz nie mógł odpuścić. Jeszcze tego durnego, przemądrzałego Pottera brakowało!
Wyminął Jamesa i wyszedł z Wielkiej Sali, czując, jak bardzo się w środku gotuje. Najchętniej by coś walnął. Albo kogoś. Tak bardzo był sfrustrowany. 
– Nie zrobił ci krzywdy, Evans? – spytał okularnik, chowając różdżkę i uważnie przyglądając się Lily. 
– Nie. – Machnęła ręką, nie podnosząc wzroku; chciała, żeby sobie poszedł, chciała, by zostawił ją samą. 
Wzruszył ramionami w odpowiedzi.
Odszedł.


W lochach jak zwykle panowały ciemność i wilgoć. Lily dziwiła się, że na ścianach przez tyle lat jeszcze nie zdążyła wykwitnąć pleśń. Jedynie wiszące na ścianach w uchwytach pochodnie sprawiały, że to miejsce nie było aż tak ponure. W samej klasie również brakowało okien, które by ją mogły rozjaśnić, ale panny Evans to nie wzruszało; brak światła wynagradzał jej widok wielu eliksirów stojących na szafkach oraz składników do ich przygotowania znajdujących się w szafce. Tylko to sprawiało, że uważała lochy za całkiem przyjemne miejsce.
Zajęli miejsca w ławkach, wyciągali podręczniki i przygotowywali swoje kociołki. Szurały krzesła, ostatnie rozmowy jeszcze nie milkły. 
– Dzień dobry, droga młodzieży. – Tuż przy katedrze pojawił się średniego wzrostu mężczyzna o dosyć wydatnym brzuszku przykrytym kraciastą kamizelką. Przyprószone siwizną włosy lśniły w blasku świec, gdy gestykulował, zwracając na siebie uwagę uczniów. – Witam was na szóstym roku waszej nauki w Hogwarcie. Nie ukrywam, że będzie to rok trudny, pełen wytężonej pracy, bo też i w kolejnym czekają was owutemy, zaś z tego, co wiem, niektórzy z was potrzebują dobrej noty z mojego przedmiotu, żeby się dostać na wymarzony kurs. Hm. Tak. Ale o tym doskonale sami wiecie, więc bez zbędnego gadania przejdźmy do realizacji tematu dzisiejszej lekcji.
Wskazał dłonią leżącą na biurku wysoką szklankę, w której bulgotał klarowny, czerwony płyn. 
– Kto wie, co to za eliksir?
Ręka Lily automatycznie wystrzeliła w górę. Przerobiła podręczniki od eliksirów do samego końca siódmej klasy, nie miała najmniejszych problemów z identyfikacją wywarów. Nawet tych, o których standardowe podręczniki nie mówiły.
– Panna Evans? – Profesor uśmiechnął się, machając ręką, by mówiła. Była jego ulubioną uczennicą, najlepszą uczennicą, oczkiem w głowie. Uwielbiał ją. Zresztą któż z nauczycieli jej nie uwielbiał? 
– To Morbo Piperis, wywar z krwawnika pospolitego i łopianu, zwany potocznie Eliksirem Choroby. Ma smak pieprzu. Powoduje nieprzyjemne dolegliwości żołądkowe, nieszczęśnik, który go wypije, odczuwa zawroty głowy i senność – wygłosiła jak przygotowaną lekcję. Z czego jak z czego, ale ze swojej wiedzy była dumna.
– Jak zwykle wybitnie, panno Evans. Dziesięć punktów dla Gryffindoru. – Slughorn się rozpromienił. – Przy okazji, piękny kolor włosów.
Poczuła, że się czerwieni. Tęskniła za swoim naturalnym kolorem, przynajmniej nie narażał ją na kpiny i uwagi ze strony wszystkich dokoła. Jednak jak dotąd nie znalazła żadnego sposobu na pozbycie się natrętnego fioletu; miała zamiar po obiedzie udać się do biblioteki, żeby sprawdzić, czy w tamtejszych książkach nie będzie żadnej informacji na temat usuwania skutków użycia niewłaściwej magicznej farby.
– Jak panna Evans powiedziała – kontynuował profesor, przechadzając się z wolna po klasie – wywar, który widzicie, powoduje chorobę. Należy więc obchodzić się z nim niezwykle ostrożnie. Nawet nie myślcie o jego piciu, nie chcecie chyba już pierwszego dnia szkoły skończyć w skrzydle szpitalnym! – zaśmiał się rubasznie, jednakże nikt z uczniów nie podzielił jego radości. Odchrząknął. – No dobrze. Ruszajcie po potrzebne składniki, macie dwie godziny na przygotowanie wywaru! Przepis znajdziecie w książce na stronie dwudziestej. Powodzenia! 
Lily poczekała, aż minie rozgardiasz związany z poszukiwaniem właściwych składników w kredensie; wszyscy rzucili się do szafki tak gwałtownie, że prawie zrzucili z nauczycielskiego stołu szklankę. Westchnęła cicho. Gdy galimatias się zmniejszył, sama wstała i wybrała potrzebne zioła. Nie było tego dużo, więc dosyć szybko wróciła do ławki. Otworzyła podręcznik na wskazanej przez nauczyciela stronie, jak większość z nich jednakże pokreślonej jej drobnym pismem. Zdążyła już przetestować tworzenie wielu eliksirów z książki, więc wyłapała wszelkie błędy, od których w przepisach aż się roiło, i dodała sporo od siebie. Wiedziała, że nie była jedyną osobą, której podręcznik tak wyglądał – miał całe zapisane marginesy. I nie tylko marginesy. 
Zaklęła brzydko. Znowu jej myśli mimowolnie wróciły do rozmowy przy śniadaniu z Severusem – o ile można tę wymianę zdań nazwać rozmową. Spojrzała ukradkiem w lewo, na stoły Ślizgonów; wypatrzyła go od razu, pochylał się w skupieniu nad własnym kociołkiem, dodając do niego pierwsze przyprawy. Westchnęła. To chyba był znak, że i ona powinna się skupić na swojej pracy. 
Na wszelki wypadek jeszcze raz dokładnie przeczytała przepis, uzupełniony przez nią samą o jedną dodatkową linijkę dotyczącą mieszania – należało po dodaniu przedostatniego składnika wszystko równo wymieszać dwa razy zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Twórcy podręcznika chyba o tym drobiazgu zapomnieli.
Starła łodyżki krwawnika na miazgę i wrzuciła do kociołka, w którym leniwie gotował się sok z łopianu. Ciecz zmieniła nazwę z pomarańczowej na zgniłozieloną, kiedy Lily zaczęła mieszać w niej drewnianą łyżką. Po tej operacji należało odczekać cztery minuty, więc dziewczyna wykorzystała czas, żeby rozejrzeć się po klasie, podczas gdy eliksir spokojnie bulgotał. W większości kociołków wywar nadal był pomarańczowy, pomimo że pływały w nich łodyżki krwawnika – błąd, stwierdziła, polegał na tym, że nie zostały starte. U Franka Longbottoma eliksir miał barwę fioletu. Dodał za dużo soku z łopianu, oceniła. Zerknęła do kociołka swojej sąsiadki, Al, z którą nie zdążyła zamienić słowa przed zajęciami. Szło jej całkiem nieźle, wywar wyglądał podobnie, jak jej własny. Kiwnęła głową z uznaniem. 
– Co? – Bloomweg zauważyła spojrzenie przyjaciółki. Ściągnęła z blond włosów gumkę i związała je ponownie, tym razem robiąc to mocniej. Wyraźnie się męczyła, było jej stanowczo za gorąco w takim pobliżu kociołka. Lily wiedziała, że Alice nie cierpi eliksirów i chodzi na nie jedynie dlatego, że były wymagane do przyjęcia na kurs aurorski. Pomimo swojego zachwytu przedmiotem, rozumiała ją. Podobnie sprawa wyglądała z Dorcas, która teraz w skupieniu dodawała kolejne składniki; ona z kolei potrzebowała zaliczenia z tego przedmiotu na kurs uzdrowiciela.
– Niiiic, nic – odparła szybko, wracając do zawartości swojego kociołka i uśmiechając się.
– No dobrze – westchnęła Al z rezygnacją, jednak zaraz potem się roześmiała. – Ale wiedz, że mamy do pogadania, Evans!
– Panno Bloomweg, czy zechciałaby pani podzielić się tym, co panią tak śmieszy, z resztą klasy? – Dobiegł ją głos profesora Slughorna. Najwyraźniej jej śmiech był głośniejszy, niż sądziła. 
– Uhm, nie sądzę, żeby to było aż tak interesujące, panie profesorze – stwierdziła z rozbrajającym uśmiechem. 
– Dobrze, dobrze, wracaj w takim razie do pracy! – Machnął na nią ręką. – Żebym nie musiał odejmować Gryffindorowi punktów.
– Tak jest, panie profesorze!
Lily parsknęła nad kociołkiem, szybko jednak zakryła twarz za zasłoną fioletowych włosów. Tak bardzo jej tych momentów brakowało, tak bardzo tęskniła za atmosferą Hogwartu, nauczycielami, wreszcie przyjaciółmi i chwilami z nimi spędzanymi.
Krojony korzeń alicanty, leśnej rośliny o czarnych, cierpkich owocach, wypuścił czerwony sok, który rozprysnął się na blat stołu, kiedy Lily go zmiażdżyła. Szybkim machnięciem różdżki zlikwidowała spowodowany przez siebie bałagan i zarumieniona dodała składnik do wywaru. Bulgotanie wzmogło się, eliksir przypominał teraz barwą oraz gęstością krew. Nie zostało dużo do jego ukończenia. Zgodnie ze swoim własnym dopiskiem, wymieszała go dwa razy. 
Nauczyciel eliksirów zaczął przechadzać się po klasie i komentować dotychczasowe dzieła uczniów; słyszała go nawet pomimo panującego w pomieszczeniu rozgardiaszu. Nigdy nie udawało mu się długo utrzymać ciszy, ledwo zapadła, zaraz uczniowie przerywali ją ponownie. Uchodził za nauczyciela zbyt sympatycznego i łagodnego, by kogokolwiek karać. Zwłaszcza jeśli chodziło o jego ulubieńców, członków Klubu Ślimaka, czy też Ślizgonów, których domu był opiekunem.
– Och, Annie, dodałaś za dużo korzenia alicanty! Mmm, Alexandrze, zapomniałeś o odczekaniu kilku minut po dodaniu krwawnika, teraz ten wywar jest do niczego. Cherry, doskonale ci idzie, ale mogłabyś troszkę przyspieszyć, bo się nie wyrobisz.
Dostojnie człapiąc, przewędrował do kolejnego rzędu, by kontynuować zaglądanie do kociołków uczniów. 
– Severusie – klasnął w dłonie – jak zwykle doskonała robota. – Dodaj jeszcze tymianku… Tak… Doskonale. Pamiętaj, jutro o osiemnastej jest spotkanie Klubu Ślimaka. Mam nadzieję, że przyjdziesz.
– Tak, panie profesorze. 
Z furią dorzuciła do gotującego się wywaru starty na proch tymianek. Eliksir pachniał jak pieprz, mogła nawet być pewna, że smakuje jak pieprz.
– Oby tak dalej.
– Dziękuję. 
– Panie Potter, pański wywar zdecydowanie nie przypomina tego, który stoi na moim biurku. Dlaczego on jest czarny, a nie czerwony? – Drgnęła. – Ach, rozumiem, nie dodałeś soku z łopianu… Ale jak mogłeś tego nie zrobić! Wywar z łopianu to absolutna podstawa Morbo Piperis! – Słyszała w głosie nauczyciela dezaprobatę; nie słyszała już jednak odpowiedzi Jamesa.
– Ach, Lily! Równie genialna robota, co u pana Snape’a. Tak… Na pewno będziesz kimś wielkim. Daleko zajdziesz, moja droga, daleko zajdziesz. Takiego geniuszu w dziedzinie eliksirów dawno nie widziałem. Mmm. – Pochylał się nad jej kociołkiem, z lubością obserwując idealnie czerwoną barwę roztworu. Dokładnie taką, jaka być powinna. – Skończyłaś już? Świetnie. – Spojrzał na zegarek. – Podejdź do mnie po lekcji. Chciałbym z tobą porozmawiać.
Skinęła głową, nie siląc się na odpowiedź.
Horacy Slughorn odszedł, poganiając uczniów i nawołując, że czas się zaraz skończy. Widziała narastającą wokół niej panikę, kiedy młodzi czarodzieje zorientowali się, ile im jeszcze zostało do zrobienia. Westchnęła, obserwując, jak dodają na chybił trafił wszystkie składniki i obserwują ze zdenerwowaniem eliksiry, które nie wyglądały tak, jak powinny. 
– Koniec czasu! Zostawcie, proszę, swoje kociołki, przelejcie troszeczkę wywaru do fiolek. Ale ostrożnie! Panno McLagen, proszę o zachowanie ostrożności! 
Ostatecznie obyło się bez przykrych niespodzianek i wszystkie fiolki z eliksirami wylądowały na stoliku nauczycielskim, zaś kociołki lśniły czystością. 
– To już koniec na dziś! – Ogłosił Slughorn. – Na następnych zajęciach będziemy przygotowywać antidotum na Morbo Piperis. 
Uczniowie zrywali się z miejsc, wiedząc, że to już koniec zajęć. W pośpiechu pakowali książki do toreb lub brali je po prostu w ręce i wychodzili. 
Lily ze spokojem wsunęła podręcznik do swojej torby, by w końcu podejść do biurka mistrza eliksirów. Klasa już opustoszała, pozostała sama, nie wiedząc, czego się właściwie spodziewać.
– Lily, jutro o osiemnastej widzimy się w Klubie Ślimaka. – Slughorn odgarnął na bok fiolki leżące na biurku, by móc na nim przysiąść. – Przyjdziesz, prawda?
– Tak, panie profesorze – odparła jak wcześniej Severus. 
– Czy coś cię trapi? Chciałabyś o czymś porozmawiać? – spytał, patrząc na nią badawczo i ten jeden raz w życiu wykazując się bystrością. Zazwyczaj jej o takie rzeczy nie pytał. Nigdy. 
– Nie, ale dziękuję za dobre intencje, panie profesorze – odparła z uśmiechem. 
– Przy okazji, naprawdę piękny masz kolor włosów. – Wskazał jej czuprynę. Jego wydatny brzuszek zafalował pod kamizelką w bordowym kolorze.
– W zasadzie wolałabym wrócić do normalnego – przyznała się. – Ale jeszcze nie wpadłam na to, jak to zrobić. Magiczne farby tak łatwo nie schodzą… – Poprawiła zsuwający się pasek torby. – Ale coś wymyślę. Jednakże dziękuję.
– Na twoim miejscu spróbowałbym z wywarem z tymianku. Powinien to bezproblemowo spłukać – podpowiedział jej Slughorn z błyskiem w oku.
– Ale przecież tymianek nie ma takich właściwości – odparła zaskoczona. 
– Ma, jeśli się go wyparzy. 
– Ach… Dziękuję, panie profesorze. Spróbuję tego. – Nie wpadła na to, że mogłaby w ten sposób wykorzystać tymianek. Planowała się udać do biblioteki, by znaleźć coś, co pomogłoby w pozbyciu się wstrętnego koloru, ale skoro nauczyciel sam podsunął jej rozwiązanie, zamierzała z niego skorzystać.


– Co czytasz, Szczurze? – Syriusz rzucił przez pokój kolejną gazetą o quidditchu, usiłując trafić nią do swojego własnego kufra. Nie wyszło, czasopismo znalazło się pod jego łóżkiem. Westchnął, podkładając ręce pod głowę i, leżąc na czerwonym niegdyś dywanie, zabrał się za obserwację sufitu. 
– Uhm, nic takiego. – Zapytany szybko zerwał się z posłania z zamiarem ukrycia przedmiotu. Zdziwiło to Syriusza tym bardziej, że Peter Pettigrew nie należał do osób, które dają się przyłapać na czytaniu czegokolwiek. Podniósł się z miejsca. Nawet Remus zaciekawiony spoglądał na Szczura znad swojego opasłego tomiszcza o transmutacji.
– Z kolegami się nie podzielisz? Cóż to za dzieło, że skradło twoje serce tak, że się wziąłeś za jego czytanie? – spytał James, sugestywnie poruszając brwiami i siadając obok przyjaciela. Dostrzegł w jego rękach zeszyt oprawiony w czarną skórę. – Czy to jest twój pamiętnik? – Zmarszczył brwi.
– Nie wiedziałem, żeś stał się dziewczynką i piszesz pamiętniki, Szczurze – zarechotał Syriusz.
Sam zainteresowany wyraźnie się spłoszył, jakby został przyłapany na gorącym uczynku.
– Ja… Eee… 
– Pokaż mi to. – Zanim zdołał się zorientować, James wyrwał mu z ręki zeszyt i zabrał się za jego kartkowanie. 
– Potter, oddaj to!
– Nie. – Wstał, odsuwając pamiętnik z dala od rąk usiłującego go dosięgnąć Glizdogona. – „We Francji jest tak gorąco! Po mieszkaniu w deszczowej Anglii nie potrafię się przyzwyczaić do tak drastycznej zmiany klimatu. Na szczęście jednak, dostałam swoją rekompensatę szybciej, niż się tego spodziewałam…”. Co za bzdury. – Roześmiał się, przerzucając kolejne strony i czytając losowo wybrane fragmenty. W dalszym ciągu odganiał natrętne ręce Glizdogona. 
– Ej, Szczurze, komu skradłeś pamiętnik? – zainteresował się Syriusz, z rozbawieniem obserwując walkę przyjaciół. Za to na obliczu Remusa malowała się wyraźna dezaprobata.
– Czekaj… – James przewrócił kartki, powracając na pierwszą stronę. – Tu jest podpis: „Dorcas Meadowes”.
– Na gacie Merlina – jęknął Black. – NATYCHMIAST JEJ TO ODDAJ! Skąd to wytrzasnąłeś?! Może jeszcze podwędziłeś z jej sypialni?
– Ale ja… Po prostu… Leżało w pokoju wspólnym… na stoliku… – zaczął się tłumaczyć nieszczęsny Peter, kurcząc się jeszcze bardziej, jeśli to możliwe.
– I tak po prostu sobie wziąłeś, nie bacząc, że to nie należy do ciebie? – wycedził. – Natychmiast tam pójdziesz i jej to oddasz. 
– Ej, Black, nie irytuj się tak. – Nawet Jamesa zdziwiło nagłe wkurzenie Syriusza. Zazwyczaj przyłączał się on do zabawy, lubił wykręcanie innym numerów tak samo, jak on i Peter. To Lunatyk zawsze pełnił rolę „tego dobrego”, który kazał im przyhamować. – Wyluzuj.
Syriusz przewrócił oczami.
– To nie ty musiałeś wysłuchiwać przez cały ranek jęczenia nieszczęśliwej panny Dorcas na temat zgubienia pamiętnika. Już samo w sobie to było irytujące, wolę sobie oszczędzić kolejnych jęków – oznajmił z niezadowoleniem. – Leć to oddać, Glizdogon.
– Lecisz na nią – stwierdził radośnie James. 
– Chyba żartujesz, człowieku – prychnął Syriusz. – Poza tym, to nie twój interes.
Kiedy po paru minutach od wyjścia Glizdogona rozległ się krzyk dochodzący z żeńskiego dormitorium, obaj wybuchnęli śmiechem, ignorując karcące spojrzenie Remusa.

10 komentarzy:

  1. Na początku myślałam, że Dorcas mogła zostawić pamiętnik w domu. A tu się okazało, że Peter go wziął. Chyba teraz Dorcas pokoju wspólnym go nie będzie zostawiać.
    Ciekawe po co Snape przyszedł do Lily. Może myślał, że odnowi przyjaźń? Nie zdziwiłabym się gdyby Lily nie chciała nic z nim donawiać po tym co jej zrobił.
    Klub Ślimaka na powitanie to może coś ciekawego się tam wydarzy :D.

    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno nie będzie, wręcz przeciwnie, zacznie go dużo bardziej strzec. Po prostu po uczcie była zbyt śpiąca, żeby racjonalnie myśleć, dlatego go zostawiła na stoliku, zamiast zabrać na górę. ^^
      Severus chce porozmawiać z Lily - tak, dokładnie, chce odnowić ich przyjaźń.
      I trochę chyba Cię rozczaruję, jeśli chodzi o pierwsze spotkanie Klubu Ślimaka - nie wydarzy się tam nic ciekawego. Już nawet trochę zaspoilerowałam (o ile można nazwać to spoilerem). Jednakże będzie się dziać dużo w związku z innymi sprawami i mam nadzieję, że nie będzie źle ;)

      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Syriusz leci na Dorcas, to całkiem słodkie, szczegolnie koomenatrz-to mintaja sorawa. Nie ciągnęło go,żeby przeczyac choćby fragmencik? Chwali się, chwali, wiesz, ja kocham Syriusza, wiec donrze, ze jest tutaj taki, ze nie muszę przestawać xD przynajmniej w. Tym krótkim fragmencie. Podobało mi się, ze tak dokładnie opisalas lekcje eliksirów, bardzo czesto autorzy nie opisują zajec, bo i po co. A przeciez to bardzo ważna czesc hogwartu, a jesli zrobi się to w sposob umiejętny i ciekawy jak Ty, mozna wiele przekazać i zaczarować słowem ;) TwojamLilymo dziwo mnie nie denerwuj, przynajmniej na razie, zobaczymy, jak będzie dalej. Czekam na cd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciągnęło, ale mimo wszystko tego nie zrobił, jakiś honor to on ma. ^^
      Ja akurat nic nie mam do opisywania zajęć, jak są fajne, to i można się przy tym ubawić.
      Wiesz, ja mam kilka rozdziałów już napisane, więc tak jakoś w połowie kolejnego mnie trafił szlag i nie chciało mi się dalej tego pisać. Po kilku godzinach wpadłam na to, dlaczego tak mi się odechciało: doszłam do wniosku, że Lily jest irytująca. ^^ Ale spoko, ona się zmieni, też przejdzie swoją drogę do dojrzałości, jak James, więc myślę, że aż tak źle nie będzie xD

      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. haha, Twoja Lily i tak nie jest aż tak irytująca, jak ta, o której ja swego czasu pisałam xD ale ciesze się, ze sie zgadzamy, że to nie tylko James był w tej parze niedojrzały ;p Syriusz ma honor, i właśnie dlatego go kocham - naprawdę się zgadzamy w wielu kwestiach :p Zapraszam Cię na świeżutką nwoość na zapiski-condawiramurs

      Usuń
  3. Piękna sprawa! Zaciekawiłaś mnie już na wstępie z tymi fioletowymi włosami. nie byłam w stanie się oprzeć (bo i ilość rozdziałów nie przeraża) i przeczytałam oba posty. Moją osobistą reakcją było zachwycenie. Przekazałaś wszystko tak, jak powinnaś. Prawie czułam jakbym czytała dzieło J.K.Rowling, a to nie lada komplement. Mimo że rozdziały są długie, a ja długich postów nie lubię, ponieważ męczy mi się wzrok, to jednak swoim stylem i fabuła przekonałaś mnie do tego, abym została do końca. Naprawdę zazdroszczę takiego pomysłu na opowiadanie i dziękuję Ci za to, że dotykasz historii Huncwotów, bo to moja ulubiona grupa (z wyjątkiem Petera, z wiadomych względów).
    Ciekawe czy ten kolor zginie. Fiolet fioletem, ale chyba jednak wolę żeby była Lily była ruda. Nie ma co zbytnio odstawać od reszty i tak dziewczyna jest wystarczająco popularna, a do tego prymuska! Ahhh i ten James, który wiecznie ratuję ją przed Snap'em i który jest wszędzie tam, gdzie Lily go (nie)oczekuję. Bardzo fajna sprawa. Zawsze jak tak czytam sobie HP to lubię się zastanawiać jak toczyła się przeszłość rodziców Harry'ego i dzięki takim opowiadaniom, jak to tutaj, mogę sobie to jeszcze lepiej wyobrazić!
    Dziękuję bardzo, pozdrawiam i zapraszam do siebie.
    somethingdiffernet-imagine.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że historia przypadła Ci do gustu, komentarze zawsze dają mi niezwykłego kopa i motywują do dalszego pisania. ^^
      Lily rudą pozostanie, to jej nieodłączna cecha, ale musiałam opisać tę scenę. Za bardzo mi się podobała, żebym mogła się oprzeć. O tak, James zawsze ją śledzi... I ratuje. Zrobi to jeszcze nieraz, jak nietrudno się domyślić.
      Również bardzo dziękuję, cieszę się, że Ci się podobało. :3

      Usuń
  4. Przepraszam, że dopiero teraz, ale byłam na tygodniowym urlopie, a jeszcze wcześniej jakoś nie było czasu, żeby to wszystko nadrobić.

    Szkoda mi Severusa. Owszem, źle zrobił, ale Lily nie powinna tak długo chować urazy. W końcu Snape był w tamtej chwili ogarnięty wściekłością, a kiedy człowiek jest targany potężnymi uczuciami, wiadomo, że czasami nad sobą nie panuje. To nie fait, że Lily nie potrafi mu wybaczyć,a już przebaczyła Jamesowi, który przecież całe zajście spowodował.

    Bardzo fajnie opisana lekcja. Nie nudno, chociaż kiedy czytałam o tej miłości nauczycieli, to przyznam, że nieco znielubiłam Lily. Takie perfekcyjne panny idealne to zdecydowanie nie mój typ bohaterek, ale w końcu Lily zawsze taka była, więc jakoś to przeżyję. ;)

    Ha! Tak myślałam, że ktoś jej go ukradł. Coś mi mówiło, że właśnie Szczur.

    Pozdrawiam, czekam na następny, Native

    OdpowiedzUsuń
  5. Rozdział świetny :) Jak zawsze, kiedy nie powinnam, biorę się za wszystko oprócz nauki no i padło na Twój blog.
    Uwielbiam sposób, w jaki przedstawiłaś Lily. I jej relacje ze współlokatorkami. Dziwi mnie tylko, że w ich dormitorium śpią jedynie we trójkę. Ale w sumie lepsze to, niż pakowanie tam na siłę dodatkowych postaci :)
    Tak czy siak, reakcja Syriusza była słodka. A Slughorn wyszedł Ci bardzo wiarygodnie :)
    Idę czytać dalej!

    OdpowiedzUsuń

Czarodzieje