piątek, 5 czerwca 2015

1. Tam dom twój

– Hej, Ev… Evans, co się stało z twoimi włosami?!
Czuła, że zaraz się zapadnie pod ziemię. Tylko Pottera jej do szczęścia brakowało. Wszyscy, tylko nie on! Nie chciała, żeby ją wyśmiał. Bo też i co miała mu powiedzieć? Że magiczna farba kupiona na Pokątnej miała być brązowa, a okazała się jasnofioletowa i nie dawała się teraz żadną miarą zmyć? Że nie pomogły nawet zaklęcia czyszczące, nie pomogły mugolskie środki – mycie włosów kilkaset razy za pomocą rumiankowego szamponu i hektolitrów wody? Jej piękne, niegdyś ogniście rude włosy przybrały barwę fioletu. Sądziła, że dzięki farbie choć na chwilę przestanie się wyróżniać z tłumu i jej czupryna nie zwróci już takiej uwagi. Przeliczyła się, teraz było dużo gorzej. Pierwotnie zareagowała płaczem na swój widok w lustrze. Nadal się nie czuła dobrze, gdy widziała własne odbicie. Liczyła tylko na to, że farba sama zniknie. Albo będzie musiała ściąć włosy.
– Odwal się, Potter – burknęła tylko, naciągając mocniej wełnianą czapkę na głowę i chowając nerwowym ruchem wystające spod niej przypadkowe fioletowe kosmyki. – Nie twoja sprawa.
– Ale czekaj… Dlaczego one są FIOLETOWE? – Z jego twarzy zniknął zadziorny uśmieszek, którym zwykł obdarzać Lily, zamiast tego pojawiło się na niej zdziwienie. 
– Wypadek przy pracy. Wracaj do swoich Huncwotów i daj mi święty spokój. – Obrzuciła Jamesa złowrogim spojrzeniem. – Idź, Potter.
– Ależ, pani prefekt, jak ja to przeżyję?! Teraz nie będę mógł nazywać cię marchewką! – W teatralnym geście złożył dłonie na klatce piersiowej. Uśmiechał się. – A tak na serio, Evans, nie widziałem twojej fryzury w pełnej okazałości, ale jestem pewien, że przesadzasz. 
– Przesadzam?! – Zerwała się z siedzenia, ściągając z głowy okrycie. Fioletowe włosy rozsypały się niczym aureola wokół jej twarzy, podczas gdy ona sama walczyła ze łzami wściekłości. – Jak ja teraz wygl-lądaaaam… – jęknęła, ocierając twarz rękawem czarnej szafy. – Wynoś się, Potter. 
James przez chwilę milczał, kontemplując widok dziewczyny w nowym wydaniu. Musiał przyznać, że wyglądała niecodziennie. Nasunął okulary wyżej na nos.
– Evans – zaczął cicho – ładnemu we wszystkim ładnie. Nawet, jeśli nie jesteś ruda, to i tak wyglądasz jak zawsze oszałamiająco.
Patrzyła na niego z niedowierzaniem.
– Chyba cię pogięło – prychnęła w końcu. Pociągnęła nosem.
– Mnie? Skądże znowu. Po prostu wyrażam swoje zdanie. Evans, ty nie jesteś przeciętna. A to – wskazał jej włosy – to po prostu kolejny dowód twojej nieprzeciętności. Więc podnieś do góry ten swój zadarty nosek i pokaż światu, że jesteś z siebie dumna. Nie przejmuj się tym, Evans. To tylko inny kolor. 
Tym razem dostrzegł w jej oczach zdziwienie. Chyba się nie spodziewała, że usłyszy takie słowa od niego. Zatarł w duchu ręce, zadowolony z siebie.
– Jak zwykle przemądrzały – mruknęła.
– Jak zwykle piękna – odparł, puszczając jej oczko. – Umówisz się ze mną, Evans?
– Idź sobie, Potter. Wnerwiasz mnie. – Potarła ze złością czoło. 
– Dobrze, pani prefekt, pani życzenie jest dla mnie rozkazem. A skoro o tym mowa, Evans, nie powinnaś być na zebraniu prefektów?
Zaklęła. 
– Idź, zajmę ten przedział.

Kiedy w końcu wróciła do przedziału, ledwo utrzymywała się na nogach. Biegała po pociągu, usiłując uspokoić uczniów, którzy za bardzo się podekscytowali wizją przybycia do Hogwartu. Niektórzy grali w Eksplodującego Durnia, inni urządzili w swojej części ekspresu bitwę na zaklęcia, w wyniku której kot jednej z Puchonek został przemieniony w żabę. Lily zarekwirowała kilka niebezpiecznych przedmiotów, przywróciła nieszczęsne zwierzę do formy kota, pomogła zagubionej Krukonce odnaleźć wolne miejsce. Jeszcze się na dobre nie zaczął rok szkolny, a ona już miała dosyć. Gdyby w pociągu można było odejmować punkty, z całą pewnością straciliby je już Gryffindor i Slytherin.
– Hej, Lily! – Pomachała do niej Dorcas Meadowes, biorąc swojego rudego kota na kolana. – Jak tam wakacje? 
Ruda – niegdyś – przecisnęła się między rozciągniętymi nogami Syriusza Blacka pogrążonego w rozmowie z Jamesem Potterem, wyminęła leżące na ziemi numery czasopisma o quidditchu, którego nazwa nic jej nie mówiła, i usiadła na miejscu znajdującym się tuż pod oknem. Choć były jeszcze wolne miejsca, nie chciała siadać koło Remusa Lupina zaczytanego w opasłej księdze, ani tym bardziej koło Petera Pettigrew zajadającego spleśniałą chyba już kanapkę z serem.
– Nie było źle – odparła. – Petunia jak zwykle nazywała mnie dziwadłem i przez całe lato mnie unikała, ale z rodzicami jest całkiem dobrze. Cieszą się, że mają w rodzinie czarownicę. Gdzie Al?
– Poszła do swojego nowego chłopaka z Ravenclawu, wiesz, tego, o którym pisała. Jak mu było? Tom? Alex? Merlin jeden wie. – Dorcas wywróciła oczami. Wszystkim było doskonale wiadome, że Alice Bloomweg nie potrafi wytrzymać długo bez zmiany chłopaka. Albo bez jakiegokolwiek chłopaka w ogóle. – A co się stało z twoimi włosami?! – Dopiero teraz zwróciła uwagę na zmienioną fryzurę przyjaciółki. Pochyliła się w jej stronę. Głaskany pod włos kot zasyczał.
– Zmiana wyglądu, potrzebowałam jej – skłamała, wzruszając ramionami. Poczuła na sobie spojrzenie siedzącego tuż przy drzwiach Jamesa, nie podniosła jednak głowy.
– Ach. 
– A jak tam twoje wakacje? – zagadnęła Lily z uśmiechem. Z tego, co przeczytała w otrzymywanych listach, lato Dorcas obfitowało w przygody.
– Cudownie! – W jej orzechowych oczach pojawiło się rozmarzenie. – Plaża, słońce, sami cudowni faceci! Raj na ziemi w tej Francji, mówię ci! I tyyyyyyle czarodziejów! Wiedziałaś, że na tym wybrzeżu znajduje się cudowna, mała wioska, w której mieszkają tylko czarodzieje? Mówią po angielsku z takim śmiesznym akcentem… Bawiło mnie to. Ale jedzenie mieli dobre. Owoce morza, ciasteczka, mięso, co tylko zechcesz! I tyyyyle słodyczy!
– Ty tylko o jedzeniu – westchnęła Lily.
Wyjrzała za okno, obserwując przesuwający się krajobraz. Pociąg mknął naprawdę szybko, wiedziała, że już za kilka godzin znajdą się w Hogwarcie. Nie mogła już się doczekać tej chwili. Uwielbiała swoich rodziców i swój dom, ale jednak miejscem, gdzie spoczywało jej serce, była właśnie Szkoła Magii. To tam czuła się naprawdę sobą, nie musiała ukrywać swojej odmienności ani zdolności. I tam też znalazła prawdziwe przyjaciółki – Dorcas i Alice. 
– No co – obruszyła się. – Lubię jeść, wiesz o tym. Niektórzy są uzależnieni od książek, niektórzy od słodyczy.
– To nie to samo, Dorcas – zauważył łagodnie Remus, zamykając lekturę i odkładając ją na kolana.
– Ano nie – zgodziła się. – Książkami się nie najesz! To zdecydowanie nie to samo!
Remus z rozbawieniem pokręcił głową, ale się już nie odezwał. Dokładnie w tej samej chwili otworzyły się drzwi przedziału i do środka wparowała Alice, ciągnąc za sobą kufer oklejony tysiącem kolorowych nalepek. W drugiej ręce trzymała klatkę z biało-szarą sową, która wściekle trzepotała skrzydłami, denerwując się zamieszaniem. 
– Wróciłam! – obwieściła radośnie, unosząc do góry przedmiot. Ptak zaskrzeczał. 
– Kto by się spodziewał – mruknęła cicho rozbawiona Lily.
– Evans, słyszałam to! – Alice zmrużyła oczy, patrząc na przyjaciółkę. Odłożyła klatkę na wolne miejsce koło Dorcas i zabrała się za przetransportowanie kufra na półkę. Położyła go na podłodze, po czym wyciągnęła z odmętów szaty swoją jesionową różdżkę. – Wingardium Leviosa!
Kufer podniósł się ospale z podłogi, dotknął krawędzi półki, po czym równie efektownie zleciał. Zamek nie wytrzymał i cała zawartość pudła wysypała się na nogi Syriusza.
– Chyba coś nie wyszło. – Black skrzywił się, chowając nogi. Piekła kostka, oberwał ciężkim podręcznikiem do transmutacji. 
– Na gacie Merlina, cóż to był za huk! – krzyknął James, zrywając się z miejsca i pomagając niezadowolonej Alice pozbierać rzeczy. – Pięknie, Bloomweg, pięknie! – Kiedy dokończyli dzieła, klepnął ją z rozpędu w plecy. – Ale może jednak nie używaj tego zaklęcia. 
– James, daj jej spokój – poprosił Remus, wstając z miejsca. Wyciągnął swoją różdżkę, powtórzył magiczną formułę, której użyła Al, i przeniósł kufer na półkę. 
– Dziękuję! – Zarumieniona dziewczyna rzuciła mu się na szyję, prawie go przewracając.
– Nie ma za co. – Zakłopotany odsunął ją od siebie, po czym usiadł z powrotem na swoim miejscu. 
Chwilę po tym, jak Alice w końcu spoczęła na siedzeniu obok Dorcas, w przedziale panowała cisza. Nagle jednak cała siódemka wybuchła śmiechem.

Hogwart jak zwykle nawet z daleka prezentował się wspaniale. Otoczony czarnymi wodami jeziora kusił ciepłym blaskiem i błyszczącymi w oknach światłami. Jego zarys był widoczny nawet na tle ciemnego, rozgwieżdżonego nieba. Lily poczuła przebiegający po plecach dreszcz, kiedy wychylała się z okna powozu ciągniętego przez testrale. Czuła na twarzy leciutki wietrzyk wiejący z zachodu, gdy podziwiała odbijające się w wodzie pomarańczowe światła. Uśmiechnęła się szeroko. Hogwart. W końcu tu wróciła. Kolejny dreszcz przebiegł po jej karku, przyprawiając o gęsią skórkę. Odetchnęła pełną piersią, wciągając do płuc świeże powietrze tętniące od magii. 
– Lily! Zaraz wylecisz! – Dorcas wciągnęła ją za szatę z powrotem do wnętrza powozu, w którym siedziały razem z Alice. 
– Spokojnie – roześmiała się, ogarnięta euforią. – Nie wylecę. Nie czujesz tego?
– Czego? – spytała spokojnie czarnowłosa dziewczyna, głaszcząc mruczącego z zadowoleniem kota. Wystawił trójkątny pyszczek z błyszczącymi niebezpiecznie żółtymi ślepiami pod jej rękę. 
– No tego. – Lily wykonała nieokreślony ruch ręką. – Tej atmosfery. Tego, że wracamy do domu. Tam dom nasz, rozumiesz? – Odchyliła głowę do tyłu, rozmarzonym wzrokiem wpatrując się w zarys drzew na dalekim brzegu, naprzeciwko ścieżki prowadzącej do zamku, którą teraz jechały. 
– Evans – zaczęła poważnie Alice, wymieniwszy spojrzenia z Dorcas – czy ty się czymś upiłaś? 
– Albo może jesteś chora? – Przyłożyła dłoń do czoła przyjaciółki. – Zachowujesz się… co najmniej dziwnie.
– Nie, nie jestem chora, nie upiłam się niczym, nic mi nie jest! – zaprotestowała gwałtownie Lily. 
– Gdzie się w takim razie podziała szanowna pani prefekt, zawsze chłodna, racjonalna i opanowana?
– Zwyczajnie cieszy się, że wraca do domu – odparła z błyskiem w oku. 
Powóz zatrzymał się z szarpnięciem, drzwiczki otworzyły się. Trzy przyjaciółki kolejno wysiadły na kamieniste podłoże i podążyły w ślad za innymi uczniami do zamkowej bramy, poprawiając przekrzywione tiary oraz wygładzając szaty. Panowało ożywienie, głodni młodzi czarodzieje wymieniali szeptem uwagi dotyczące nowych nauczycieli i planu zajęć, który mieli otrzymać następnego dnia. Lily uśmiechnęła się, słuchając rozmowy dwójki trzecioklasistów, którzy wspominali o eliksirach i profesorze Slughornie. Wypatrzyła już w tłumie wiele znajomych twarzy, kilka z młodszych roczników, głównie jednak dostrzegała tych, którzy należeli do jej roku. Z przodu, w blasku latarni oświetlających dziedziniec za bramą, mignęła jej czarna czupryna Jamesa.
– Lily, nie musisz iść do pierwszoroczniaków? – zagadnęła Al, szarpiąc ją za ramię i niemalże krzycząc. 
– Nie! – odkrzyknęła. – Hagrid ich zaprowadzi do holu. Jak zawsze. 
Wkroczyły do wspomnianego holu, zbyt zmęczone, by teraz podziwiać jego wspaniałości. Jedynie się cieszyły znajomym widokiem. Z ulgą dotarły do Wielkiej Sali. Zaczarowany sufit błyszczał gwiazdami, efektu dopełniały niezliczone ilości świeczek unoszących się w powietrzu. Usiadły przy stole wspólnym Gryfonów, witając się ze znajomymi siedzącymi w pobliżu. Ku niezadowoleniu Lily, obok niej po sekundzie znalazł się James Potter, przesuwając w prawo wystraszoną drugoklasistkę, która pisnęła zaskoczona.

Wielki James Potter musi błyszczeć, pomyślała dziewczyna z irytacją.

– Hej, Evans. – Obdarzył ją kolejnym uśmiechem z serii: „Jestem gwiazdą Hogwartu”. – Tęskniłaś za mną? 
Nie miała siły, żeby mu odpowiedzieć. Zamiast tego spojrzała na stół nauczycielski biegnący w poprzek pomieszczenia. Widziała same znajome twarze, w tym też i przyprószoną siwizną głowę dyrektora, Albusa Dumbledore’a. Nie dostrzegła nikogo nowego poza wysokim, przystojnym nauczycielem siedzącym obok profesora Slughorna, nauczyciela eliksirów. Dostrzegła, że nie ona jedna wpatruje się w nowego nauczyciela – niektóre uczennice również czyniły to z zainteresowaniem, niektóre jednak patrzyły na niego wzrokiem wręcz maślanym. 
Westchnęła w duchu.
Gwar panujący w Wielkiej Sali przerwało brzęczenie wywołane przez łyżeczkę uderzającą w kieliszek. Albus Dumbledore potrzebował tylko tego cichego dźwięku, żeby uciszyć wszystkie domy.
– Profesor McGonagall, proszę wprowadzić nowych uczniów – polecił, wstając od stołu. Błysnęły w blasku świec jego okulary-połówki.
Nauczycielka w ciemnobrązowej szacie i dosyć surowym wyglądzie spowodowanym ostrymi rysami twarzy oraz włosami upiętymi w ciasnego koka przeszła przez drzwi prowadzące z holu do Wielkiej Sali. Trzymała w ręce zwinięty rulonik papieru; za nią szli podekscytowani oraz zdenerwowani pierwszoroczni, potykający się o skraje własnych szat, nerwowo dyskutujący o strasznym egzaminie, który ich czekał. Kierowani przez McGonagall, stanęli w trzech szeregach przed stołem nauczycielskim oraz znajdującym się przed nim niskim taboretem z leżącym na nim czarnym, wystrzępionym kapeluszem.
Lily przysypiała, dlatego w zasadzie występ Tiary Przydziału ją ominął. 
– Hej, Evans. – Szturchnął ją James, na ramieniu którego praktycznie leżała. 

– Co? – spytała niechętnie, przytomniejąc, gdy rozległy się kolejne oklaski. Obejrzała się na stół nauczycielski; czarodziejski kapelusz zniknął, zaś Albus Dumbledore właśnie siadał.
– Jedz. 
Spojrzała na stół, dopiero teraz dostrzegając, jak wiele jedzenia się na nim pojawiło. Prędko nałożyła sobie na talerz udko kurczaka i zjadła szybciej, niż zwykle. Była głodna. Głodna i śpiąca – dziwiło to nawet ją samą, nigdy wcześniej nie zdarzało się, żeby przysypiała na uczcie. To wina dzisiejszych wrażeń i stresu ostatnich dni, uznała, popijając przesłodzoną herbatę. 
– Lily, co sądzisz o nowym profesorze od obrony przed czarną magią? – zagadnęła ją podekscytowana Dorcas, nie bacząc na to, że rozlewa sok dyniowy. 
– Wygląda w porządku. Jest całkiem przystojny. – Wzruszyła ramionami, nakładając na talerz sałatkę z kukurydzą. 
– Chłodne i zimne słowa, Lily – oceniła Dorcas z uśmiechem. – Jak zwykle. Ale sama przyznałaś, ten facet to niezłe ciacho!
– Wygląda jak typowy laluś. Nie cierpię takich nauczycieli. – James zmarszczył brwi, patrząc z powątpiewaniem na miskę z melasą. – OPCM to nie są żarty. I powinni to w końcu potraktować poważnie, a nie tak jak co roku. 
Lily spojrzała na chłopaka z zaskoczeniem. Wiedziała, że uwielbiał Obronę Przed Czarną Magią i faktycznie był z tego przedmiotu świetny, ale nie sądziła, że mógłby tak szybko zrazić się do nowego nauczyciela. Zwykle nie oceniał po pozorach, podchodził do wszystkiego spokojnie i entuzjastycznie. Zamyśliła się przez chwilę.
– Lily. – Siedzący naprzeciw niej Remus pomachał ręką przed jej oczami, chcąc, by zwróciła na niego uwagę.
– Hm? 
– Zaprowadzę pierwszaków do dormitorium. Abbey i Hannah mi pomogą. Ty idź, bo widzę, że już się ledwo trzymasz – stwierdził z troską. – Jesteś chora? 
– Nie, nie, po prostu jestem zmęczona. – Uśmiechnęła się blado. – Dziękuję.
Dumbledore po raz kolejny wstał i zadzwonił łyżeczką o kieliszek. 
– Drodzy, zanim stąd wyjdziecie, proszę was uprzejmie o uwagę. – Jego głos potoczył się echem po Wielkiej Sali; uczniowie słuchali w milczeniu. – Kilka przestróg i rad, zwłaszcza dla nowych uczniów. Wchodzenie do Zakazanego Lasu jest absolutnie wzbronione i dotyczy to wszystkich. Prosiłbym też uprzejmie o niewysadzanie toalet w łazienkach. – Huncwoci mimowolnie skurczyli się pod jego spojrzeniem. – Chciałbym również w gronie nauczycieli powitać profesora Innisa Conroya, który od tej pory będzie nauczał Obrony Przed Czarną Magią. 
Wspomniany nauczyciel wstał z miejsca, ukłonił się, dziękując za burzliwe oklaski szczególnie w wykonaniu płci pięknej. Uśmiechał się od ucha. 
– No dobrze, uczta zakończona. Zmykajcie! – To ogłosiwszy, dyrektor usiadł, przyglądając się, jak uczniowie zrywają się z miejsc, by czym prędzej znaleźć się w swoich dormitoriach. Rozmowy trwały, rozgardiasz był jeszcze większy, niż przed wejściem do Wielkiej Sali.
Lily w oszołomieniu podniosła się z ławy. Nawet nie wiedziała kiedy, porwana z falą uczniów, znalazła się w pokoju wspólnym Gryffindoru. Nogi same zaniosły ją do dormitorium, które współdzieliła z Dorcas i Alice. U stóp jej łóżka stał już kufer, więc jedynie szybko wyciągnęła z niego nocne ubrania, przebrała się i położyła spać. Zasnęła, ledwo przyłożyła głowę do poduszki.

14 komentarzy:

  1. Katja, kurczę, muszę przyznac, ze bardzo się cieszę, ze lektura mojego blogs oraz te szablony z l&j Cie żinspirowaly, poniewaz ten blog juz skradł moje serce. Ostatni jak wpadłam na blog o huncowtach to uznałam, ze mimo całej mojej milosci do niej, to jednak nie dam rady czytac po raz enty o tym samym. A jednak... Dam. To zalezy wlasciwie od autora. Od tego jak kreuje rzeczywistość, bohaterow, jak bardzo oryginalny potrafi byc w ff. Tutaj niby był zwykły powrot do higwartu, cos, o czym czytałam, a rowniez sama pisałam, miliony razy i wlasxciwie zgodnie ze swoim postanowieniem powinnam nie czytac, ale przeciez... Po pierwsze to Ty jestes autorką. A po drugiej jak przeczytałam o fioletowych włosach, to juz nie mogłam nie przeczytać dalej xD to normalnie jak Ania z Zielonego wzgórza. Ach, jak ja uwielbiałam tę książkę. A przynajmniej do tej czesci, w ktorej Ania miała z Gilbertem poerwsze dziecko, ktore umarło. Tak wtedy płakałam, ze nie dokończyła, ksiazki i juz nie przeczytałam nigdy następnych czesci xD ale I, II - ach, uwielbiają je xD no więc juz tutaj mnie miałas. Ponadto mimo ze James mnie nieco denerwował z poczatku swoja oczywistością, to pozniej bardzo ładnie pocieszył lily, choc w nieco xakamuflowany sposob, ale tak, ze widac, ze nie jest juz takim małolatom kompletnym. To pewnie Loly jest większym,małe coz, musisz wiedziec, ze ja za małą Lily Evans zazwyczaj nie przepadam, bl jest zbyt zadufana w sobie, zeby dostrzec oczywistości. Twoja az tak mnie nie zdenerwowała, poniewaz pokazała jakąś słabość, co czyni z nią człowieka. Dorcas jest orźezabawna, alice wlascwie też, Syriusza było zdecydowanie za mało i nie rozumiem, dlaczego nie skomentował koloru włosów evans xD musisz wiedziec, ze Syriusz jest jedną z moich najwiekszych literackich milosci. Najwieksza jest, co by nie mowić, Rett butter, ale coz prźeminelo z wiatrem jest najlepszą ksiazka, jaka czytałam w zyciu wiec... No dobra, zbaczam z tematu, chodzi o to, ze mimo iż nie było tutaj żadnych rewelacji, ba,, wręcz bylo bardzo kanonicznie, to te detale, sposob prowadzenia narracji, pokazywania bohaterow, oraz rzecz jasna świadomość(świeża, bo świeża, ale za to jak pewna), jak potrafisz pisac, sprawiły, ze juz sie tak łatwo ode mnie nie uwolnisz i będe tu za dwa tygodnie patrzeć, czy nie ma nowości xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak uważam :D Sama przeczytałam wiele opowiadań o Lily i Jamesie, to faktycznie zależy od tego, jak pisze autor, więc tym bardziej się cieszę, że mimo "przejedzenia" opowiadaniami chciało Ci się to czytać ^^
      I tak, pisząc ten fragment, miałam przed oczami "Anię z Zielonego Wzgórza" i jej tragiczną pomyłkę :D Jako dzieciak uwielbiałam tę książkę, przeczytałam wszystkie części i niedawno do niej wróciłam. ^^ Mówisz o Walterze? Jeju, moja ulubiona postać! Ryczałam, jak przeczytałam, że umarł ._.
      Oboje wcale tacy mali nie są, są na szóstym roku, Lily rok wcześniej została prefektem, podobnie jak Remus (tu jadę z kanonem). Myślę, że jeszcze nie raz Lily i James wkurzą niedojrzałym zachowaniem, ale też będą sytuacje, kiedy oboje okażą się wyjątkowo dojrzali i mądrzy ;) Zwłaszcza że mam zamiar dobić do ich ślubu, więc trochę pisania będzie (obym dotrwała do końca). No ale zobaczymy! :3
      Więcej Syriusza będzie w następnym rozdziale, obiecuję! :3
      Hahah, dziękuję!~<3

      Pozdrawiam :D

      Usuń
  2. "Bo też i co miała mu powiedzieć? Że magiczna farba kupiona na Pokątnej miała być brązowa, a okazała się jasnofioletowa i nie dawała się teraz żadną miarą zmyć? Że nie pomogły nawet zaklęcia czyszczące, nie pomogły mugolskie środki – mycie włosów kilkaset razy za pomocą rumiankowego szamponu i hektolitrów wody!" - w ostatnim zdaniu, idąc tym tropem, nie powinien stać pytajnik?
    "Nasunął okulary bardziej na nos." - a normalnie ma mniej na nosie? Chyba w sensie, że wyżej?
    "Patrzyła na niego z niedowierzaniem.
    – Chyba cię pogięło – prychnęła w końcu z niedowierzaniem." - powtórzenie
    "którego nazwa nic jej nie mówiły, " - mówiła
    "ani tym bardziej koło Petera Pettigrew zajadającego spleśniałą chyba już kanapkę z serem." - biedny ten Peter, aż tak mu się od początku obrywa... :P To jest jakaś próba przekazania, że w jego domu musi dziać się coś nie halo (no żeby dać dziecku spleśniałą kanapkę...), czy po prostu personalna i schematyczna zemsta za doniesienie na Potterów?
    "– Ty tylko o jedzeniu – westchnęła Lily. Wyjrzała za okno, obserwując przesuwający się krajobraz. (...)" - przydałoby się po "Lily" wstawić akapit, bo nie wracasz do dialogu, a też dalsze opisy nie mają nic do jej kwestii.
    "Nawet nie wiedziała kiedy, porwana z falą uczniów, znalazła się w Pokoju Wspólnym Gryffindoru." - "pokój wspólny" zapisuje się małymi.

    Kurde, zastanawiam się, kiedy przeczytam opko o Huncwotach, w którym nigdy nie pojawi się Dorcas, nawet tak gdzieś między wierszami... :P Z kolei imię "Alice" wzbudza we mnie głęboko zakorzenione pokłady podejrzliwości względem wszelkich bohaterek z tego okresu, które tak się składa, że mają imię właśnie na A. (Ann!!!) Ogólnie zaczęło się tak trochę typowo (Evans jako jedyna ogarnięta z koleżanek, Dorcas robiąca trochę za element komiczny, no i dodatkowa lalunia dla Remusa, a i wypinanie się na Petera, teoretycznie też zaczynanie podróżą do szkoły jest schematem, ale schematem, który lubię, więc), liczyłam, że może gdzieś później walniesz tym kanonicznym zaproszeniem na randkę - przez blogaski strasznie mi się to przejadło - ale na szczęście otoczyłaś to mniejszą bucerą, niż mają w zwyczaju ludzie piszący opka o tej tematyce :P. W przeciwieństwie do poprzednika cieszę się, że Blacka było mało, bo nie znoszę go z godną podziwu pasją, żaden bohater tak mnie nie wkurwopatwia, szczególnie w opkach (chociaż w kanonie też był nieznośnym hipokrytą, soł)(a zaraz wyślesz mi drugiego rozdziała, to się przekonamy, czy mnie wkurwopatwi). Zastanawiam się, czy to możliwe, że nadajemy na podobnych falach (bo tych samych raaaczej nie), to jest: będzie może jakiś romansik z nauczycielem? :D Właśnie ogarniam (a raczej: staram się pisać, cały czas odciąga mnie od tego jakiś research albo... albo... czytanie cudzych opek) opko, w którym uczennice robią sobie zawody w tym temacie, heheszki. Dlatego od razu, kiedy przeczytałam o sekszownym nauczycielu, pomyślałam, że może też strzelisz jakiś romansik (a) Tak? - Fajnie. b) Nie? - Wybierz odpowiedź a)). Nie wiem, jak jeszcze mogę naściemniać, żeby nabić stosowną długość komcia (wyszłam z wprawy w komentowaniu, poza tym nigdy nie umiałam powiedzieć czegoś sensownego na temat początków, bo wtedy nigdy nic nie wiadomo, więc wybacz)... A, czekaj! To zasypianie Evans było jakieś takie dziiiwne (tego jeszcze nie było!), ale nie wiem, czy to przez mój mózg, który wszędzie widzi spiski i podstępy, czy może tak po prostu słitaśnie drzemała na Potterze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za wytknięcie błędów, poprawiłam. ^^

      Alice w sumie jest kanoniczne. Wpadłam na to przypadkiem, przeglądając potterowską wikipedię. :D Generalnie wiem, że sporo rzeczy będzie się powtarzało, oryginalna bardzo nie będę, ale zamierzam jedynie się przy pisaniu opka dobrze bawić i olać wszystko inne. Nieważne, że wałkuję to samo po raz pińcsetny, who cares, jak jest zabawa. xD To opko z założenia ma być komiczne i niepoważne, nie umiem go inaczej pisać...
      Co do romansu z nauczycielem - zobaczyyyyyyyyyyysz, ja względem niego mam pewne plany, generalnie będzie się działo a działo. Mam nadzieję, że ku Twojej uciesze :D

      Usuń
  3. Opowiadanie mnie zainteresowało i zobaczę dalej jak napiszesz historię Lily i Jamesa.

    Ciekawe dlaczego James bez żadnego zapoznania nie lubi nowego nauczyciela. Może jak ten nauczyciel jest przystojny to spodoba się Lily i może to się tak Jamesowi nie podoba?

    Czekam na kolejny i życzę weny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, to się okaże już niedługo, myślę. ^^'

      Dziękuję za komentarz, pozdrawiam! :D

      Usuń
  4. Witaj,
    Rozdział dosyć ciekawy, jak na początek. Zastanawia mnie, jak Lily wyglądałaby w fioletowych włosach. To słodkie, że James upierał się, że tak też jej ładnie. Ogólnie to tematyka Jily to moja ulubiona i najukochańsza i chyba nie czytam żadnych innych blogów poza właśnie takimi ♡
    Obowiązki prefekta raczej każdego by wykończyły :) Potem pojawiły się Dorcas i Alice, które naprawdę fajnie opisałaś. Choć już wiele razy spotkałam się z tymi postaciami, zawsze są kreowane inaczej. Lily uważa Hogwart za swój prawdziwy dom i w sumie to się jej nie dziwię, też bym kochała to miejsce, gdybym chodziła do takiej szkoły :D
    Ok, uczta, Lilka przysypiająca na ramieniu Jamesa, to mi się bardzo spodobało i było naprawdę kochane. A ten nauczyciel mnie zaciekawił. Czekam na to, jak potoczy się dalsza akcja.
    Dodam jeszcze, że masz lekki styl pisania i ładnie wszystko opisujesz, przyjemnie się to czyta :)
    Pozdrawiam serdecznie, życzę weny i zapraszam do siebie
    Optimist ♡
    [the-emerald-eyes.blogspot.com]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podobało, zwłaszcza że akurat wczoraj miałam kryzys dotyczący tego opowiadania i chciałam je rzucić. ^^' I tak, ja tę tematykę też uwielbiam, choć czytam różne blogi.
      Ja bym chciała zostać w Hogwarcie na zawsze :D A oni tam spędzają sześć lat z przerwami na wakacje i święta, to jest naprawdę dużo, nietrudno się przywiązać i uznać to miejsce za swój dom, zwłaszcza że tam Lily się nie wyróżniała, była ze swoimi przyjaciółmi i nie musiała ukrywać swoich zdolności; nic też dziwnego, ze zareagowała właśnie tak. :D
      To już niedługo się okaże. ^^
      Dziękuję! Za komentarz także.
      Wpadnę, na pewno ^^

      Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Cudowny rozdział, czytam dalej. Nie dostrzegłam prawie żadnych błędów, oprócz:
    Błysnęły w blasku świec jego okulary połówki.
    Powinno być:
    W blasku świec błysnęły jego okular połówki.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie jestem za bardzo za "erą huncwotów", ale "Miłość wiosny" mnie pozytywnie zaskoczyła, więc motyw HP nie powinien być gorszy.
    Swoją drogą - huncwoci - nie powinno być napisane małą? To nie jest nazwa własna, a synonim "urwisa" i nawet jeśli James i spółka nazwali tak samych siebie to przecież nie zawsze mowa o nich jak o bractwie. Np. kiedy Lily zwraca się do Jamesa, żeby wracał do "Huncwotów". Choć z drugiej strony... można to rozważać pod dwoma kątami... Nieważne :D

    Ogólnie... jeszcze mnie nie porwało. Poczytam i dam znać. Może nawet w sondzie zagłosuję ^^

    OdpowiedzUsuń
  7. Witaj!
    Więc, ponieważ mam syndrom komentowania Wszystkiego co mi wpadnie w łapki, postanowiłam zostawić Ci pod każdym rozdziałem parę słów od siebie, bo sama wiem, jak to motywuje.
    Zapowiada się naprawdę ciekawie! Już kilka razy słyszałam o Uciekającej Łani, ale jakoś nie miałam głowy do szukania kolejnego bloga do czytania. Aż w końcu wpadł mi ten link w łapki i oto jestem.
    Powiem szczerze, że właśnie teraz to ja powinnam powtarzać materiał z biologii, a nie czytać Twojego bloga, ale najpierw szablon mnie dosłownie oczarował, a potem pierwsze zdanie już tak wciągnęło, że nie mogłam się oprzeć i przeczytałam cały rozdział. I powiem Ci, że był świetny. Nie przesadzony, nie za długi - taki jaki powinien być.
    Obiecuję, że przeczytam więcej, jednak nie mogę powiedzieć kiedy, bo czasu mi trochę już brakuje. Ale wrócę tu!
    Dodaję do obserwowanych i pozdrawiam Cię cieplutko,
    Atelier ze {stop-dreaming-hp.blogspot.com}

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, czyżby rozszerzona maturka z biologii? :D Znam ból, rok temu sama przez to przechodziłam.
      Dziękuję, że ci się chciało wpaść i że skomentowałaś, zawsze mnie to baaaardzo, baaaardzo cieszy, nawet jeśli bloga zakończyłam wieki temu. :D

      Pozdrawiam również!

      Usuń
    2. Haha, tak, maturka z biologii :D Śmierć przez istne tortury.

      Usuń
  8. Cieszę mordkę, że wreszcie (!) znalazłam jakieś nowe, ładnie napisane Jilly!
    *normalny komentarz zostawię, jak przeczytam całość*

    OdpowiedzUsuń

Czarodzieje